Korzystając z wakacji wybrałem się z Tatą do rodziny w Gdańsku. On chciał się poopalać a ja chciałem połowić. Moim celem były sandacze i grube okonie z których kanał martwej Wisły słynie. W kanale tym łowiłem już wiele razy za małolata ale nigdy nie było to poważne łowienie, o takie dłubanie „byczków” (babek) które biorą zawsze wszędzie i na wszystko. Zresztą babka to była jedna z pierwszych ryb jaką kiedykolwiek złowiłem więc darze je sentymentem.

 

Po męczącej podróży od razu uderzyłem nad wodę, miejscówką była przeprawa promowa w Nowym Porcie. Ogrom wody i jej  jednolitość mnie trochę przeraził, wiedziałem że będzie problem z zlokalizowaniem sandałów, obawiałem się też licznych zaczepów.

No nic bez dłuższego namysłu zacząłem  łowić. Ciężka  guma i mozolne obstukiwanie dna w poszukiwaniu sandaczyka. Głębokość wody przy samym brzegu około 6 m na środku kanału nawet do 20 m, na początku nie umiałem sobie poradzić z tymi warunkami, dopiero gdy założyłem 18gr główkę dało się łowić.

W drugim rzucie spod falochronu wychodzi przepiękny garbus, ale tylko  trąca przynętę i więcej się nie pokazuje. Zmieniłem gumkę na mniejszą i postanowiłem połowić okonie, ku mojemu zdziwieniu złowiłem tylko jednego i to niewielkiego.

 

 

Szybko wróciłem do typowego sandaczowego łowienia ale bez skutecznie. Okło 4h biczowania wody skończyło się porażką.

Następnego dnia z powodu upału postanowiłem że za sandaczem pochodzę pod wieczór, a teraz sprawdzę nowe miejscówki na drugim brzegu kanału w okolicach twierdzy Wisłoujście, chciałem połowić w fosie otaczającej zamek i w małym porciku przy promie. Celem miały być babki i drobne okonie. 

 

 

Woda w fosie płytka do 1,5 metra i bardzo porośnięta trawą morską (w kanale jest słona woda). I co się okazało, ze w fosie jest sporo

szczupaków. W życiu bym się ich tam nie spodziewał, zresztą napotkani wędkarze też o nich nie wspominali. Brały całkiem dobrze udało się wyjąć 3 w tym dwa wymiarowe powyżej 50 cm. miałem też około 5ciu obcinek, dopiero po kolejnej straconej przynęcie wygrzebałem z plecaka jakiś kawałek przyponu, który dostałem od jakiegoś kolegi wędkarza na zlocie w Chańczy w tym roku (nie pamiętam od kogo ale przypon pierwsza klasa). Ryby brały w zatoce przy wejściu do fortyfikacji.

Jednego esoxa postanowiłem zjeść, wujaszek jest świetnym kucharzem:)

 

Po obiadku oddałem się chyba jednej z najprzyjemniejszych form łowienia ryb w wodach morskich, tzw. „żywy spinning”, czyli nic innego jak 1,5 gr śrucina, niewielki haczyk, czerwony robaczek, żyłka 0,14, delikatna wklejaneczka. Piękne i bardzo wygodne łowienie szczególnie z betonowego nabrzeża. Połowiłem niezliczone ilości małych babeczek i parę okonków… tego się spodziewałem po tej metodzie 😉 Choć był to bardzo małe ryby to cieszyły oko egzotyką.

 

 

 

 

 

Następnego dnia odpuszczam ryby i jadę na plażę w okolicach Westerplatte. Jest piękna pogoda ale wieje bardzo silny wiatr a woda jest bardzo chłodna, przypadkowo wziąłem wędkę, więc od razu wędruję na falochron żeby spróbować swych sił na otwartym morzu …. Udaję się przyciąć tylko mikro byczka.

 

Ostatni dzień poświęcam w całości Sandaczowi. Niestety bez puknięcia. Straciłem około 12 przynęt łowiłem w różnych miejscach o różnych porach dnia, a sandaczyk nawet nie pstrykną w gumkę. Bywa  i tak, choć przed wyjazdem byłem spokojny o to że uda mi się go złowić. Jak bym wiedział że tak licho z tym sandałem to cały czas poświęcił bym szczupakom, których w fosie było naprawdę dużo.

Trochę do myślenia dały mi ogromne ilości najprawdopodobniej małych śledzi masowo pływających przy brzegu. pewnie morski drapieżnik się właśnie nimi odżywia. Na następny rok skołuję przynęty imitujące narybek właśnie śledzia.