{jcomments on}

Pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza, więc wyjazdów na ryby mniej niż zwykle. Mając nieco więcej czasu postanowiłem „wyjechać”na inne, nieznane mi łowisko, oczywiście w ramach porozumień zawartych na ten rok, a dokładniej rzecz ujmując na Wisłę.”Wyjazd” zacząłem w Google Earth gdzie ujrzałem wiele ciekawych miejsc.

 Najlepszym moim zdaniem było miejsce na styku dwóch powiatów, a odległość do przełknięcia około 120 km. Namówiłem dwóch kolegów(długo nie musiałem), ustaliliśmy datę i zacząłem się martwić(modlić) o pogodę na ten dzień. Uff!! nareszcie, nadszedł i nie pada, sprzęt zapakowany, GPS ustawiony, no to jazda. Znając stan naszych dróg i ciągły ich remont obawialiśmy się czy nasz GPS nas doprowadzi bez przeszkód  na miejsce. No i stało się „wykrakaliśmy” GPS zwariował, ale znaki drogowe okazały się pomocne i szczęśliwie dojechaliśmy. Że jesteśmy nad wodą wskazała nam mgła. Dalej pieszo by obejrzeć teren. Po oględzinach kolega zawrócił po auto, którym dojechał pod samą główkę. Stan Wisły wysoki, ale na główkę można wejść. Zabieramy sprzęt z auta i zajmujemy miejsca(losowania nie było). Zanęta w wiaderku, wędki rozłożone, a więc pinka na haczyk i do wody. Ledwie zarzuciłem drugą wędkę, ustawiam krzesełko, a pierwsza wędka daje znać, jest ryba. Za chwilę na drugiej to samo, nie mam chwili przerwy. Do siatki wędrują leszcze, płocie, wzdręgi, kleń nie są to kolosy, ale wymiar mają. Chwila przerwy, łyk kawy zmiana robaków i za chwilę wszystko wraca do normy. Około 8-ej słońce zaczyna nas podglądać, mgła ustępuje i zaczyna się upał. Koledzy trochę narzekają, że mają za dużo wolnego czasu, ale oni również mają w siatkach ryby. Upłynęła następna godzina, słońce nie ma nad nami litości, ale cóż się nie robi by zaleczyć naszą „chorobę”(o wyleczeniu nie ma mowy).Tuż przed południem mamy gości, to wodny patrol policji. Kontrola dokumentów przebiegła sprawnie, porozmawialiśmy trochę i patrol popłynął w górę rzeki, a my znów do wędek bo ryby przypominają o naszych obowiązkach. W tym czasie kolega wyjmuje sumika. Słońce jak może dokucza nam strasznie. Krótka narada i decydujemy, że kończymy o 15-tej. O umówionej godzinie wszystkie ryby do wody, sprzęt do auta i wracamy. W czasie powrotu oceniamy nasz wyjazd: pogoda-dopisała, ryby-brały, miejsce-dostępne (w pobliżu jest jeszcze kilka główek, tam nie byliśmy) .Tylko jednej rzeczy żałuję, nie robiłem zdjęć, a miałem komórkę. Kończę i mam nadzieję na kolejne tak udane wyjazdy, czego i Wam życzę. Połamania kija.