Wrzesień, miesiąc, w którym każdy „wilk morski” rusza w poszukiwaniu okazów dorsza, spinningiści intensywnie szukają drapieżników. Miesiąc kapryśny, jeżeli chodzi o pogodę.
Jak co roku w tym miesiącu zamykamy tzn. „sezon nocny na Wiśle”.

Zawsze otwarcie i zamknięcie odbywa się właśnie na Wiśle. Sporo w tym roku było nocek, północe właśnie na Wiśle, z różnymi efektami. Jednak nie o efekty tu chodzi, tylko o spotkanie z kolegami, grillek, ognisko, kiełbaska, wojnę z komarami, poranną mgłę, wschód słońca. Świetnie jak rybki współpracują, zaczyna się bieganie z latarkami po główce, dźwięk dzwonka jest jak alarm przed nalotem, każdy żywo reaguje na jego dźwięk, jeden do latarki, drugi do podbieraka, trzeci holuje i słychać tylko okrzyki:
-Ale walczy
-Chyba węgorz
-Ale akcja
-Nie świeć mi po oczach
-Dawajcie podbierak, bo chyba potwora ciągnę
-Znowu się skąpałem taka akcja
Ten sezon nie należał do najbardziej węgorzowych, dziwnie mało w tym roku łapałem razem z kolegami ta rybę. Chodź każdy wypad miał tylko jeden cel, węgorz.
Otwarcie sezonu, które odbywało się na Wiśle w okolicach miejscowości Ostaszewo też nie obdarowało nas węgorzami. Wyszedł jeden poważny leszcz i mały sum, oraz osiem szczupaków, którym brakowało dosłownie dwóch centymetrów do wymiaru. Tamten wypad, i oglądanie kolegi Jarka ( Minus – wedkuje.pl ) jak wyciągał te szczupaki skłoniło mnie do zainwestowania w spinning. Miło było patrzeć, z jaką radością wyciągał te rybki, szybko je mierzył, robił fotkę i z taką samą radością je wypuszczał.
Był w tym roku wypad czterodniowy, na którym tyle się działo, że jak wróciłem do domu i chciałem coś o nim napisać to mi ręce opadały. W wielkim skrócie były węgorze ( dość sporo ), były duże leszcze, było łapie z łódki, była kąpiel w jeziorku, były grillki, kiełbaski i dobre humory. Na wiosnę ruszamy tam ponownie.
Wypady dwudniowe oraz single ( wypady samemu ) stały się normalnością. Jakoś większość kolegów zaczęła preferować dłuższe wypady. Podejrzewam, że wiąże się to z lepszym zanęceniem łowiska, dłuższą ucieczka od rzeczywistości. Każdy taki wypad to jak krótkie wczasy )
Do rzeczy, celem naszego ostatniego wypadu była dwudniowa wyprawa na Wisłę w okolicach miejscowości Ostaszewo. Miejsce tydzień wcześniej było dokładnie sprawdzone przez kolegę Arka, który sprawdził dojazd, dostępność i wielkość główki.
Czwartek wieczór siedzę w domu gotowy na wypad, chodzę z okna do okna, błąkam się po domu bez celu, myślami już jestem nad woda. Telefon, Arek :
– Gotowy
Odpowiadam:
– Zawsze
– Hehe jutro dziewiąta na wylocie z Gdańska?
– Jak dla mnie dziś za 30 minut
– U mnie tak samo, ale trzeba się wyspać, chociaż raz
– Spoko to do jutra.
Po rozłączeniu się kieruje się do wyrka, chociaż i tak wiem, że od razu nie zasnę, bo za bardzo jestem nakręcony na ten wypad.
Piątek rano, spotkanie na wylocie z Gdańska. Uściski, uśmiechy, kierunek Wisła. Przejeżdżając przez most w miejscowości Kiezmark zwalniam auto żeby popatrzeć sobie na Królową Polski. Od razu widać, że rzeka mocno nie płynie a stan wody pozwala na wejście na każdą główkę. Mam dziwne przeczucia, że będzie pięknie.
Sam dojazd do główki bardzo nie wygodny, bardzo stromy podjazd pod wał a przy zjeżdżaniu początkowy spad tak mocny, ze nie widać drogi, bo auto jeszcze w pozycji prostej. Do główki dojazd przez pole porośnięte wysoka trawa. Jeżeli zacznie padać nie ma szans się wydostać z tego miejsca. Na wszelki wypad Arek zabiera Line do wyciągania mnie z błota.
Jesteśmy, wchodzimy na główkę:
– I jak się podoba ?
– Pięknie
– Pachnie rybą co ?
– Czuje, że tu będzie akcja
– Czułem to samo jak byłem tu pierwszy raz
– Hehe nie traćmy czasu, rozkładamy graty i atakujemy
Niestety atak nie nastąpił za szybko. Wcześniej umówiliśmy się, że Arek zajmuje się zanętą a ja organizuje całe robactwo. Kiedy zobaczyłem, co Arek przygotował za komponenty do zanęty wiedziałem, że to będzie wypad na dużą rybę. Zanęty nie było dużo, ale była bardzo gruba. Samo posklejanie jej w całość zajęło nam grubo ponad półtorej godziny. Następuje pierwsze nęcenie, maleńkie kule bardzo mocno posklejane ładują w miejscu, które wcześniej obstukaliśmy sondą i wytypowaliśmy na najbardziej odpowiednie.
Po nęceniu Arek od razu rusza po sprzęt. Ja rozglądam się po główce i za bardzo nie mam koncepcji, co z sobą zrobić. Po chwili wpadam na pomysł, że porzucam spinningiem. W tym temacie jestem jeszcze ofiarą i za bardzo nie wiem gdzie i na co szukać ryb. No, ale Jarek zawsze powtarzać, że trzeba swoje się narzucać żeby czegoś się nauczyć i wyciągnąć wnioski.
Rzucam w środek zatoki, ale nagle przypomniałem sobie gdzie Jarek szukał ryb. Zmiana taktyki, nakładam obrotówkę i chlup do wody, kilka obrotów i cos mam. Wyciągam z wody i ku mojemu zdziwieniu ukazuje się mały okoń. Heh pierwszy mój okoń na spinning. Arek od razu :
– Widzisz już się coś dzieje hehe
Naładowany pierwszym okoniem wykonuje kolejny rzut. Dwa obroty i coś mocniej szarpie. Kolejny okoń trochę większy, ale nadal bez szału. Arek proponuje mi założenie większej obrotówki. Czemu nie, i tak nic nie mam do stracenia.
Nie wiedzieć, czemu po raz kolejny wykonuje rzut w środek zatoczki. Obrotówka uderza o wodę i nagle mam dość.
– Arek też się czujesz jak na wojnie?
– Tak, cały czas atakują, jak odkryjesz kawałek ciała i już Cię mają
– Uroki wędkarstwa, jak na bagnach tyle tu tych komarów.
Zdegustowany wieczną obroną jak w schronie ruszam po jakiś środek przeciw komarom. Nie może być tak, że jest piękna pogoda a ja w zbroi próbuje machać kijkiem. Wypsikany wracam do wędki, podnoszę ją, chce przekręcić korbkę a tu opór.
– Hehe chyba masz dziś dzień konia
-Nie to po raz kolejny Ty przynosisz mi szczęście
Opór zmalał, rybka dochodzi do brzegu bez walki. Okazuje się, ze to mały sandacz. Trzydzieści centymetrów radości ( chyba każda kobitka by tak mówiła ). Pierwszy mój sandacz w życiu na spinning.
Wypad zapowiada się okrutnie. Jeszcze nie rozwinąłem feederków a już mam rybki, których wcześniej nie złapałem na spinning. Moje łapanie na spinning ograniczało się tylko do boleni. Co do szczęścia, które towarzyszy mi zawsze jak łapie z Arkiem to coś w tym jest. W tym roku już kilka razy już wyciągnąłem kilka rybek, których wcześniej nie miałem przyjemności oglądać, bądź nowe rybki nowa metodą. Dziwnym trafem zawsze towarzyszem tych nowości był Arek. Nic tylko częściej jeździć z nim )
Po sandaczu odkładam spinning i zaczynam rozkładać moje feederki. Łowisko zanęcone, kije gotowe, jednak coś nie daje mi spokoju ten spinning. Pomyślałem sobie – jeszcze nigdy nie złapałem szczupaka na spinning, a dziś już tyle nowości, więc może i szczupak padnie. Odkładam feederki na bok i łapię za spinning. Pierwszy rzut nic, kolejny nic, kolejne nie przynoszą sukcesu. Czyżby magia Arka przestała działać ? Zakładam inna obrotówkę i przypominam sobie ponownie, w jakich miejscach Jarek szukał szczupaków. Kolejny rzut i jest akcja. Teraz już wiem, że to większa rybka od poprzednich, stawia opór, walczy. Nagle robi świece i już wiem, że to szczupak. Pełen radości chciałem prosić Arka o podbierak, ale On już stał czujny z nim. Rybka ląduje na brzegu, czterdzieści sześć centymetrów. Hehe a ile było okrzyków radości. Jak sobie przypomnę to śmieje się teraz sam z siebie. Szybkie zdjęcia i rybka trafia do wody, szkoda tylko, że szczupak nie miał wymiaru, no, ale nie wszystko od razu.
Dzień zapowiadał się pięknie, same nowości lądowały mi na kiju. Odkładam spinning i łapie feederki. Jeden zestaw leci na pęczek robaczków drugi na białe.U Arka pojawiają się pierwsze leszcze, bez szału no, ale jest, co robić. Intensywność brań słaba, momentami przysypiam na siedzisku. Oko zaczyna mi opadać i nagle akcja. Feederkiem zaczyna telepać na wszystkie strony. Podskakuje z siedziska zacinam i czuje opór, od razu wiedziałem ze to nie leszcz. Kijek pięknie się wygina, w podbieraku ląduje sum, mały maks czterdzieści centymetrów. Nawet go nie mierzyłem tylko jak najszybciej wypuściłem.
– Ty chyba dziś nie złapiesz leszcza
– No nie wiem, co się dzieje na białe robaki mi sum bierze
-Trzeba zmienić taktykę żeby coś się działo
– Mianowicie ?
– Zaraz zobaczysz
Jak powiedział tak zrobił. Jedną wędkę przezbroił na martwa rybkę. Pierwszy rzut, siada spokojnie i już akcja. Sandacz około czterdziestu centymetrów. Ta zabawa trwała dość długo, do końca dnia złapał osiem takich samych sandaczy. Każdy jak jeden rocznik, w pewnym momencie zacząłem oglądać dokładnie te rybki czy przypadkiem, co chwile nie wyciąga tego samego egzemplarza. Jednak każdy kolejny to inny osobnik.
Nadchodziła noc, robiło się ciemno i dziwnie zimno. Wręcz nienaturalnie zimno, dzień był bardzo ciepły a tu nagle taki spadek temperatury. Siedzimy przy wędkach, u Arka, co jakiś czas pojawia się leszczyk u mnie nic. Myślami już byłem w samochodzie w moim ciepłym śpiworku. No i ponownie zaczyna się walka no moim feederku. Szybkie zacięcie i ponownie decha. W ciemno obstawiałem, że to sum. Po walce rybka ląduje w podbieraku, okazuje się ze to mały sum w sumie można powiedzieć identyczny jak poprzedni.
Dzień całkiem ciekawy. Kilka nowych rybek na spinning, dwa sumy kilka ryb podebranych Arkowi. Nie nudziłem się Az tak mocno, tylko ta temperatura. Straszliwy chłód.
– Idę w kimę jest tak zimno
– Spoko jest 23 to o 3 Ciebie obudzę
– Ok. pasuje mi taki układ
Zmarznięty pakuje się do auta, wchodzę w śpiwór. Próbuję zasnąć, jednak eskadra bombowców latających nad moją głową na to nie pozwala. Szybko podnoszę się, ponownie opryskuję twarz i ręce środkiem na komary. Nastaje upragniona cisza. Zasypiam.
Bah, bah,bah, światło w oczy.
– Co tu się dzieje ?
– Wstawaj chłopie godzina zmiany wybiła.
– Już ?
– Wstawaj i nie narzekaj, prawie zamarzłem, teraz ja idę spać
– Ok. już wychodzę
Wychodzę z auta, rozglądam się, prawie nic nie widać. Mgła ? Okrutna mgła wisiała nad całą rzeką. Zimno, mgła a ja się trzęsę jak bym miał delirkę. Nie miałem pojęcia, co z sobą począć.
Obszedłem główkę na około w poszukiwaniu koncepcji. Arek chyba naprawdę zamarzał. Zauważyłem, że wszystkie ciuchy przeniósł pod parasol, zamontował ścianę do parasola i rozpalił ognisko. Brrrr, co tu robić? Zrobiłem kilka przysiadów, skłonów i od razu lepiej. Przyjechałem na rybki to skupie się na rybkach. Wyciągam zestawy, zakładam białe robaki i lokuje zestawy w nęconym miejscu.
Mgła nabrała prędkości i dość szybko przemieszczała się w kierunku morza. Nieskupiony na łapaniu ryb zerknąłem na świetlik a on tańczy jak szalony. Zacinka i jest. Od razu wiedziałem, ze to leszczyk. Podbierak, siatka i zestaw ponownie w wodzie.
Niekończąca się akcja. Od tego momentu brania zrobiły się bardzo częste. Można powiedzieć, że dzięki rybkom nie zamarzłem, miałem naprawdę dużo do roboty z tymi leszczami, które ewidentnie weszły w zanętę. Były momenty, ze nie mogłem obrobić dwóch wędek. Takie uroki wędkarstwa, zawsze wszystko się dzieje w najmniej odpowiednim momencie.
Bawiąc się z leszczami zauważyłem przesuwające się światło w moim kierunku. Łapię szybko za latarkę. Świece nią prosto na zbliżające się światło.
– Panie czego mi Pan po oczach świeci ?
– Kto idzie ?
– Sąsiad z główki obok…
– A skąd mam wiedzieć ?
– A niby kto ?
– A co ja wróżka, że wiem że sąsiad z główki obok idzie ?
– Panie, daj Pan spokój…
I tak od słowa do słowa okazało się faktycznie, ze to sąsiad z główki obok. Potwierdzał to krzyk jego kolegi , który pilnował wędek. Facet opowiadał, gdzie był, czego to nie złapał, gdzie nie łapał, jak to kiedyś tu ryby brały, że dziś tak nędznie biorą.
Kiedy odrzekłam, ze u mnie ryby biorą bardzo dobrze i czasem mam problem żeby obrobić dwie wędki, facet bez słowa zawinął się na swoja główkę. Po ty od razu ruszyłem obudzić Arka.
Puk, puk
– Wstawaj, rybki świetnie biorą
Słyszę jak tylko się przewraca w aucie.
– Wstawaj chłopie bo szkoda dnia
Nadal cisza, tylko obroty w aucie. Pomyślałem sobie, zostawię go może faktycznie chce mu się tak bardzo spać. Nic bardzie błędnego, po chwili od odejścia usłyszałem jak włączył auto i zrozumiałem, że nie wstawał, bo było mu tak zimno.
Po kilku minutach w rozgrzanym aucie wyłonił się. Minę miał okrutną, jakby z wojny wrócił.
– Żyjesz
– Nic nie mów
– Taka kosta ?
– Dramat, mega kosta …
Od tamtego momentu siedzieliśmy koło siebie i wyciągaliśmy rybkę za rybką. Same leszcze nic innego. Aż do momentu kiedy to szczytówka bardzo delikatnie zaczęła drgać, Arek szybko zaciął, rybka bardzo walczyła.
– Podbierak
– Na luzie, robi tylko dużo szumu
– Spoko
Naszym oczom ukazuje się dziwna rybka. Patrzymy na siebie:
– Wiesz co to za rybka
– Pierwszy raz taka widzę
– No to zagadka, podeślę MMS-a do Jarka on sprawdzi.
Po szybki zdjęciu, pakujemy rybkę do osobnej siatki. Wiadomość powrotna od Jarka.
– I co to ?
– Jelec
– Słyszałem ale nigdy nie złapałem takiej rybki
– Hehe a ja złapałem hehe
Po tej wiadomości rybka momentalnie wraca do wody.
Kolejny dzień i kolejna niespodzianka, tym razem u Arka. W godzinach popołudniowych dowiadujemy się, że Jarek jednak do nas nie dojedzie. Szkoda bo już więcej okazji na wspólną nockę nie będzie w tym roku.
Godzina 15 pojawia się Arka szwagier. Młody chłopak , ale po tym jak szybko się rozwija i zwinnie montuje zestawy widać, ze wie o co chodzi i co chce łapać .Zwijam jednego feedrka i robię mu miejsce obok siebie. Stwierdzam, ze i tak leszcze biorą bardzo ładnie i nie ma sensu łapać na dwie wędki bo to nie zawody.
Szybka pokazówka, gdzie nęciliśmy, gdzie najlepiej rzucać i efekt natychmiastowy . Dosłownie kilka chwil po tym jak położył pierwszy zestaw na dnie zacina pierwszego leszcza .Uśmiech jaki miał podczas holu… bezcenne!
Po niecałej godzinie słychać jak podjeżdża jakieś auto pod główkę. Szybko podbiegam zobaczyć kto to, a to Krzysiu już leci z kijami w moja stronę.
– Siemka
– Witam, SA jeszcze wolne miejsca ?
– Tak jak się umawialiśmy są )
– Pięknie, rozłożę kije to pogadamy
– Spokojnie rybka nie zając nie ucieknie
– Na luzie, przed nocą musze być gotowy
Podczas gdy Krzysiu rozkładał bambetle, ja zwijałem swoje. Zostawiłem tylko to co najbardziej potrzebne. Plan był taki, że koło godziny ósmej rano uciekamy, a ja nie miałem ochoty z samego rana zmęczony zwijać całego cyrku. Zostało siedzisko, feederek, podbierak i latarka.
Dochodziła noc, Krzysiu zamontował już dzwonki. Tak szybko jak zamontował, tak szybko zaczęły dzwonić. Zacina, kij pięknie się wygina, nie zastanawiam się tylko oram po podbierak. Krzysiu strasznie walczy, nie wiedziałem czy ciągnie potwora czy ma tak delikatny sprzęt. Ryba pokazuje się i ląduje w podbieraku. Sum pięćdziesiąt centymetrów. Jak to Krzysiu ujął: Magia dzwonków działa.
Niestety tego dnia byłem wykończony. Udało mi się dotrwać tylko do północy. Szybko i sprawnie wmontowałem się w mój śpiwór terenowy. Zasnąłem spokojnie i wstałem z samego rana. Kiedy wyszedłem z auta ponownie uderzyła mnie ściana zimna. Straszliwe uczucie.
Wszedłem na główkę a tam pusto… Tylko Arka szwagier siedział jakby przyspawany do krzesełka. Twarz blada, ręce schowane w kieszeniach ubrany jak na zimę.
-Jak tam ? Działo się coś w nocy ?
– Tak, cały czas była akcja
– A gdzie reszta ?
– Taka kosta, że poszli w kimę do auta
– A ty coś spałeś ?
– Nie , a po co , nie było sensu
Przeszedłem się szybko po autach żeby pobudzić każdego. Szybkie zwijanie gratów i powrót do domu. Podejrzewam gdyby któryś z nas zasugerował jeszcze jedną nockę to byśmy zostali.

Piękne zakończenie nocek w tym roku w pięknym składzie. Szkoda tylko, że zabrakło Jarka i Tomka. Osobiście uważam ten wypad za bardzo udany, z mojej perspektywy pierwsze rybki na spinning , sumy, leszcze w bardzo dużej ilości, Arka jelec. Czego chcieć więcej. Cały czas dobry humor i nie znikające uśmiechy.
Każdy kto jeździ na nocki zna magie dzwonka, kiedy dzwoni nie zwracamy uwagi czy jesteśmy padnięci, czy przysypiamy, czy właśnie robimy kiełbaskę w ognisku. Biegniemy do wędek jak szaleni.

Serdecznie pozdrawiam Krzysia, Arka, szwagra Arka, nieobecnych Jarka i Tomka oraz wszystkich wędkarzy którzy uwielbiają jeździć na nocki. Niestety w tym roku pozostaje tylko dorsz, nocki powrócą z nowym rokiem.


Wp  http://www.wedkuje.pl/wedkarstwo,pozegnanie-z-nockami,37413