{jcomments on} Godzina 5:00…ze snu wyrywa mnie dźwięk budzika… Normalnie każdego dnia o tej porze przekręcam się na drugi bok, ale nie dzisiaj. ..Zaspane oczy szukają źródła jazgotliwego „Ring, ding, dong”, przeszywającego mój śpiący jeszcze mózg niczym lodowaty podmuch.

Zawsze w takiej sytuacji pierwsze co przychodzi mi do głowy to posłanie winowajcy tej drastycznej pobudki w stronę ściany znajdującej się naprzeciwko, ale fakt że budzik to też mój telefon zwykle wystarcza abym się powstrzymał… Zaraz po tym jak mój organizm zrozumiał w końcu że mimo wszystko wolę jednak pozostać w pozycji pionowej, podchodzę do okna i pełen nadziei i radości podziwiam piękny jesienny poranek. Delikatny wietrzyk walczy z pozostałymi gdzieniegdzie na gałęziach drzew liśćmi, które przegrawszy, delikatnie opadają na złoty dywan z ich braci – poległych w tej nierównej walce. Opadająca mgła odsłania pochmurne niebo które niechętnie pozwala przebić się promieniom zaspanego podobnie jak ja słońca… Przecierając w dalszym ciągu pełne piasku oczy szukam ekranu mojej stacji pogodowej. Temperatura 4oC w połączeniu z rosnącym ciśnieniem nie każdego napawała by aż takim optymizmem jak w tym momencie mnie. Podobnie zresztą jak perspektywa opuszczenia ciepłego łóżka na rzecz kilku dobrych godzin spędzonych nad wodą w takich warunkach… Cóż jednak można począć kiedy przez głowę przelatują setki myśli o tych wszystkich bankowych miejscówkach, kilometrowych wędrówkach brzegiem ukochanej rzeki, tych wszystkich „pstryknięciach”, pobiciach i uderzeniach, nieudanych i udanych holach? Jedyne wyjście to zakończyć tą jakże radosną kontemplację i ruszyć nad wodę!

Jeszcze tylko szybka poranna toaleta, skromne ale pożywne śniadanie, szybkie pakowanie sprzętu połączone nierozerwalnie ze słynnym „czy aby na pewno wszystko ?” i można wreszcie ruszać!

Godzina 6:30… Jestem na miejscu… Pomimo że bywam tutaj często, niemalże codziennie od kilku dobrych lat to i tak za każdym razem widok mojej ukochanej, małej rzeki napawa mnie nieopisanym zachwytem, a Jesień to pora roku, która znacznie potęguje to wrażenie. Spokojna, smagana jedynie delikatnym wiatrem tafla majestatycznie meandruje pośród usłanych złotym dywanem pól. Jej ołowiany kolor kontrastuje z resztą krajobrazu tworząc przepiękne jesienne widowisko, ubarwione tańcem opadających liści, oraz kojącym szumem nurtu przelewającego się przez kamieniste wypłycenie…

Idąc w górę rzeki rozkładam mojego wysłużonego Diaflexa. Jeszcze tylko szybka zmiana szpuli z żyłką na drugą wypełnioną plecionką i po chwili docieram do jednego z moich ulubionych miejsc. Spora zatoczka, głęboka na ok. 3 metry, ze wstecznym prądem i kamienistym dnem zachęca do spędzenia z nią dłuższej chwili. Bez wahania przystaję na jej propozycję, poczym sięgam do pudełka pełnego moich ulubionych gumowych imitacji. Na pierwszy ogień wybieram 3 calowe kopyto Predator Mann’sa w klasycznym białym kolorze z czarnym grzbietem, na 8-mio gramowej główce.

 

3 calowy Predator Mann’s. Jedna z najskuteczniejszych przynęt zarówno na sandacze jak i szczupaki. Świetnie sprawdza się podczas „szurania” po dnie jak i w klasycznym sandaczowym opadzie.

W pierwszych kilku rzutach przeciągam wabik po dnie, kilkanaście kolejnych to już klasyczny opad. Niestety zmiana ciężaru główki, w celu przyśpieszenia, lub spowolnienia opadania przynęty nie przynosi efektu. Następny w kolejce, biały ripper podziela los swojego poprzednika i wraca z powrotem do pudełka. Przeglądając resztę mojej „kolekcji” dostrzegam kątem oka uciekającą drobnicę, tuż na końcu zatoki, gdzie 3 metrowy dołek przechodzi w 1,5 metrowe wypłycenie. Oczami wyobraźni od razu dostrzegam pięknego sandacza, ale momentalnie trzeźwieję bo przecież to nie jedyny drapieżnik, który lubi zajmować to niemalże książkowe miejsce. Mimo wszystko próbuję szczęścia , a na agrafkę wolframowego przyponu zapinam mojego killera. Pływający 8 centymetrowy Kenart Fighter schodzi do ok. 1m i jest moim numerem jeden jeśli chodzi o polujące na płytkiej wodzie drapieżniki. Jest to co prawda klasyczny wabik boleniowy, ale niejednokrotnie już udowodnił swoją uniwersalność, doskonale kusząc zarówno sandacze, szczupaki, oraz dorodne garbusy.

 

Mój killer nr 1. Wobler Kenart Fighter, pływający. Idealny nie tylko na bolenie, ale również sandacze i szczupaki żerujące na płytkiej wodzie. Świetny podczas nocnych wypadów ze spinningiem, oraz przy łowieniu na płyciznach, zwłaszcza latem i wczesną jesienią.

Pierwsze kilka rzutów i ściąganie pod prąd nie daje żadnego kontaktu z rybą. Zmieniam nieco taktykę i schodzę kilkanaście metrów w dół poniżej miejsca gdzie zobaczyłem atak drapieżnika. Mija prawie 40 minut kiedy to płynący, chyba tysięczny już raz z prądem wody wobler zatrzymuje się a ja nieco zdekoncentrowany dostaję „po łapie”. Uderzenie jest mocne i gwałtowne. Kwituje je oczywiście szybkim i mocnym zacięciem, po czym do moich uszów dociera najwspanialsza muzyka o jakiej marzy każdy spinningista. Szumiąca o przelotki plecionka niemalże melodyjnie informuje mnie że na drugim jej końcu znajduję się prawdopodobnie cel mojej wyprawy… „żeby to był tylko sandał… tylko sandał!” powtarzam w myślach… Ryba próbuje uciec w górę rzeki, po czym gwałtownie zawraca i muruje do dna. Odkręcam delikatnie hamulec, aby dać jej nieco swobody i rozpoczynam zdecydowane pompowanie. Po kilku niezbyt długich odjazdach wreszcie ją widzę i wiem, że moje prośby zostały wysłuchane. Jest sandacz, a przy tym całkiem niezły. Po chwili niemalże wykrzykując radosne „ JEEEEEEEEST!” ląduje ręką pięknego, grubiutkiego sześćdziesiątaka…

 

Jesień to idealna pora roku aby dobrać się do tych pięknych i niezwykle przebiegłych drapieżników. Wygłodniałe i przygotowujące się do zimy sandacze są w tym czasie najłatwiejsze do zlokalizowania i przechytrzenia. Niska temperatura to wbrew pozorom jeden z naszych największych sprzymierzeńców. Odrętwiały i niechętny do żerowania białoryb gromadzi się w duże ławice, jednocześnie przygotowując się do srogiej Zimy. Fakt ten to niemalże zielone światło dla rzecznych wilków, których jednym celem jest napełnienie żołądków przed nadchodzącymi, chudymi miesiącami.

Sandacz to gatunek dosyć powszechnie występujący w naszych, rodzimych wodach. Można go znaleźć zarówno w małych i dużych rzekach nizinnych, jeziorach, zbiornikach zaporowych, gliniankach, jak również w przybrzeżnych wodach Morza Bałtyckiego. Dla większości wędkarzy jest synonimem przebiegłości, sprytu i kapryśności, dlatego też pełen sukces w połowach tego pięknego mętnookiego drapieżnika zagwarantować może nam jedynie niezwykła cierpliwość, wytrwałość, konsekwencja oraz duża kreatywność. Pomimo że gatunek ten, biorąc pod uwagę waleczność zostaje daleko w tyle za boleniem, czy szczupakiem jest niezwykle pożądany jako wędkarskie trofeum. Niewątpliwy wpływ na to ma jego chimeryczność, a co za tym idzie ogrom satysfakcji wynikającej z przechytrzenia choćby jednej sztuki , oraz niepodważalne walory smakowe. Nawet ja pomimo tego że jestem zagorzałym zwolennikiem zasady „Złów i Wypuść” nie wyobrażam sobie wigilijnego stołu bez sandacza, lub co gorsza kiedy zamiast niego na stole znajdzie się w zastępstwie, znienawidzony niemalże przez całą moją rodzinę karp…

Łowienie sandaczy w Polsce kojarzy się głównie z dużymi nizinnymi rzekami i zbiornikami zaporowymi gdzie królują głównie spinning i gruntówka z martwą lub żywą rybką. Niewątpliwie wpływ na to ma fakt że właśnie na tego typu łowiskach sandacz jest najliczniejszy, oraz najłatwiejszy do zlokalizowania, co znacząco przekłada się na o wiele większe szanse na sukces. Coraz większa popularność i dostępność wszelkiego rodzaju środków pływających (łodzie, pontony), oraz urządzeń umożliwiających sądowanie dna również ma w tym wypadku ogromne znaczenie. Atrakcyjne ceny sprawiają że dzisiaj niemalże każdy wędkarz może sobie pozwolić na zakup przyzwoitego pontonu – niezwykle praktycznej alternatywy dla łódki, oraz echosondy co znacząco uprzyjemnia poszukiwania rzecznych i zalewowych smoków.

Cóż jednak można zrobić kiedy z różnych powodów nie możemy skorzystać z tych wszystkich nowoczesnych udogodnień, a nasz ulubiony zbiornik zaporowy pokryła warstwa przedwczesnego lodu, lub gdy od wiślanych główek dzielą nas setki kilometrów?

W takim wypadku warto zwrócić uwagę na te, nieco mniejsze i na pierwszy rzut oka „nie sandaczowe” rzeki, które wbrew pozorom mogą okazać się prawdziwym eldorado pełnym mętnookich drapieżników. Niewątpliwym plusem tego typu łowisk jest fakt że są znacznie łatwiej dostępne, oraz najdłużej pozostają wolne od lodowej pokrywy, często dając nam szansę na spotkanie z sandaczem niemalże do samego końca roku. Nie będę ukrywał że nie jest to proste łowisko, ale z drugiej strony uważam, że warto jest poświęcić mu nieco więcej uwagi i cierpliwości .

Postaram się przekazać Wam drodzy czytelnicy kilka rad, wskazówek, oraz tricków, które pomogą Wam odkryć piękno i potencjał drzemiący w tych niepozornych ciekach….

Zatem, do dzieła!

Gdzie i kiedy?

Kiedy znajdziemy już naszą, wymarzoną rzeczkę, musimy pamiętać o jednej ważnej rzeczy! Otóż nie na każdym jej odcinku będziemy mieli szansę na spotkanie z sandaczem! Naszą uwagę powinniśmy skupić głównie w okolicach wszelkich zbiorników zaporowych, lub przepływowych jezior. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta,a jako przykład na jej potwierdzenie przytoczę wnioski z własnych doświadczeń i obserwacji. Na początek przyjrzyjmy się więc sytuacji panującej w typowym zbiorniku zaporowym, utworzonym w wyniku spiętrzenia rzeki tamą. Jak zapewne wiecie większość tego typu akwenów cierpi na zakwit glonów (dotyczy to głównie płytszych zalewów, utworzonych w okolicy pól uprawnych). Zjawisko to ma najczęściej miejsce wraz ze wzrostem temperatur w okresie wiosennym i letnim. Wysokie temperatury w połączeniu z niską zawartością tlenu sprawiają że większość gatunków ryb szuka schronienia, oraz odpowiednich warunków do żerowania i rozmnażania, migrując w górę rzek. Fakt ten dotyczy również drapieżników, które podążają za swoimi ofiarami. Znacznie lepiej natleniona i czystsza rzeka, jest doskonałym azylem bogatym w kryjówki będące ostoją dla drapieżników, oraz dające schronienie ich ofiarom.

Wraz z jesiennym spadkiem temperatur ryby rozpoczynają powrotną wędrówkę do zbiornika szukając głębokich miejsc w których spędzą zimę.

Poniżej zalewu sytuacja wygląda nieco inaczej. Rozproszone po płyciznach w okresie wiosenno – letnim ryby, jesienią również przenoszą się w głębsze partie rzeki, które najczęściej znajdują się w górnym odcinku, tuż przy wszelkich budowlach spiętrzających. Wypływająca z zalewu woda zdążyła przez lata stworzyć głębokie rynny, przykosy, oraz zatoki ze wstecznymi prądami, stanowiące doskonałe zimowisko. Nie bez znaczenia są w tym wypadku również wszelkie ślady ludzkiej ingerencji w postaci np. kamiennych mini-główek, tamek i opasek.

Wybierając się na jesienne sandacze powinniśmy mieć na uwadze właśnie te miejsca! Zwłaszcza późną jesienią! W okresie tym powinniśmy szukać możliwie jak najgłębszych „dołków” i zatok, najlepiej z kamienistym dnem, oraz wszelkimi przeszkodami takimi jak np. zatopione drzewa, pozostałości po mostach, jednym słowem z wszystkim co może zapewnić sandaczom doskonałą kryjówkę (Powiedzenie: Są patyki, są wyniki… z powietrza się przecież nie wzięło…)Powinniśmy również szukać miejsc gdzie nurt rzeki graniczy ze znacznymi spowolnieniami i wstecznymi prądami. Dobrze, kiedy nasz „dołek” graniczy z płycizną. Warto zwrócić uwagę na przykosy, kamieniste przelewy, oraz warkocze. Niejednokrotnie przekonałem się że nawet w grudniu można natrafić na mętnookiego w niemalże 1m wodzie! (zwłaszcza w cieplejsze dni). Jeśli chodzi o porę dnia, to nie ma ona w tym wypadku większego znaczenia, gdyż ryby żerują niemalże przez cały dzień.

We wrześniu i październiku natomiast, warte odwiedzenia są te nieco płytsze odcinki. Wszelkie głębsze dołki i rynny przechodzące nagle w piaszczystą lub kamienistą płyciznę, wzbogaconą dodatkowo zatopionym drzewem, zwisającymi do wody gałęziami, przewężeniem koryta w którym nurt nieco przyśpiesza, to miejsca obok których NIE WOLNO przejść, dokładnie ich nie obłowiwszy!

Przebywające w ciągu dnia w głębszych partiach koryta sandacze, chętnie odwiedzają te płytkie, pełne drobnicy płanie, głównie wczesnym rankiem i tuż po zachodzie słońca. Dlatego też, korzystając z przychylnej dla nas jeszcze w tym okresie aury, warto wybrać się na rybki o świcie lub późnym wieczorem, zarówno ze spinningiem jak i z żywcówką z żywą, lub martwą rybką.

98cm i 10kg sandaczowego szczęścia. Takie okazy choć bardzo rzadkie, są niepodważalnym dowodem iż nawet ma małej niepozornej rzece możemy liczyć na spotkanie z prawdziwym potworem. Prezentowany na zdjęciu smok uderzył w 5cm kopytko, a walka trwała ok.30 minut

Bardzo pomocne przy szukaniu odpowiedniej miejscówki są wyprawy ze spławikiem. Dokładne gruntowanie łowiska daje nam dość dobry obraz dna, oraz znajdujących się w nim wszelkich przeszkód i zawad. Ponadto jesienny połów białorybu może okazać się bardzo cenną wskazówką, dzięki której poznamy miejsca gdzie przebywa drobnica a co za tym idzie będzie nam łatwiej wytypować odpowiednie miejsce dla naszej sandaczowej zasiadki.

W kwestii pogody musimy pamiętać o jednej, ale bardzo istotnej rzeczy! Im gorzej za oknem, tym lepiej! Zdaję sobię sprawę że może to odstraszyć wielu miłośników moczenia kijka w pięknym letnim słoneczku, ale tak jak zaznaczyłem na wstępie sandacz to ryba która wymaga poświęceń, często niemalże irracjonalnych. Silny wiatr, temperatura bliska zera, a czasem nawet poniżej, deszcz, oraz rosnące ciśnienie to wręcz wymarzone warunki!

Ponadto warto również zwrócić uwagę na fakt iż mętnookie drapieżniki, słynące ze swej legendarnej już chimeryczności, doskonale reagują na wszelkie zmiany. Dlatego też np. pierwsze październikowe przymrozki powinny być dla nas sygnałem, aby w trybie natychmiastowym udać się nad wodę! Podobnie jest z ciśnieniem. Każda, nagła zmiana często korzystnie wpływa na zwiększenie aktywności rzecznych wilków.

Wraz z początkiem zimy warto wybrać się nad wodę w słoneczny dzień! Korzystająca z ostatnich promieni słońca drobnica chętnie wygrzewa się na płyciznach co bardzo często zmusza drapieżniki do opuszczenia swoich kryjówek. Namierzenie „oczkujących” rybek, może okazać się strzałem w dziesiątkę, a ponadto widok spektakularnych ataków sandaczy znacząco wpłynie na potężny zastrzyk adrenaliny, dzięki któremu chociaż przez chwilę będziemy mogli zapomnieć o dokuczliwym mrozie.

Bardzo ciekawym rozwiązaniem, nad zakupem którego warto się zastanowić jest domowa stacja pogodowa. Urządzenie to jest naprawdę niedrogie, a może okazać się niemalże niezbędnym narzędziem przy planowaniu wyprawy, i to nie tylko na sandacze.

Popularna i niedroga domowa stacja pogodowa. Bez problemu można ją znaleźć na popularnych serwisach aukcyjnych. Cena uzależniona jest od liczby dostępnych funkcji. Widoczna na zdjęciu została wyposażona w termometr wewnętrzny, godzinę, oraz nadajnik zewnętrzny który łączy się ze stacją przekazując informację o temperaturze zewnętrznej i ciśnieniu. Cena takiego urządzenia to ok. 60zł.

Kolejnym, ale niemniej ważnym aspektem jest stan wody. Jako że naszym łowiskiem jest odcinek rzeki tuż za upustem będziemy skazani na dość duże jej wahania. Z doświadczenia wiem, że najlepszym okresem jest moment kiedy wysoki stan utrzymuję się przez dłuższy okres czasu, poczym opada co połączone jest z powolnym klarowaniem się przejrzystości wody. Oczywiście utrzymujący się od dłuższego czasu wysoki stan również nie przekreśla naszej szansy na sukces. Silnie zmącona woda nie przeszkadza sandaczom, które z racji doskonałego węchu i wzroku świetnie sobie radzą w takich warunkach.

Jedna z moich ulubionych miejscówek – głęboka na ok. 3 metry zatoczka z kamienistym dnem i zatopionymi konarami. Z uwagi na dosyć urozmaiconą charakterystuke dna i spore różnice w głębokości na poszczególnych odcinkach, stanowi doskonałe sandaczowe łowisko niemalże przez cały sezon.

Poniżej i powyżej dołek przechodzi w ok. 1,5 metrowe wypłycenia, które są często odwiedzane przez sandacze polujące na wygrzewającą się w ostatnich promieniach słońca drobnicę. Głębszą partię warto obłowić gumami, natomiast płytsze przelewy stanowią doskonałe łowisko dla wielbicieli woblerów.

Znajdująca się na granicy zatoki wyspa to również bardzo atrakcyjne miejsce. Półtorametrowy dołek przechodzący w niemalże półmetrowej głębokości kamienistą płyciznę stanowi doskonałą kryjówkę dla drobnicy. Idealne miejsce na wieczorną, wczesnojesienną zasiadkę z małym żywczykiem lub spinningiem.

Miejsce, w którym kilkunasto metrowej szerokości koryto przechodzi w głębokie na ponad 4m i szerokie na prawie 30 metrów rozlewisko to niemalże bankowa późnojesienna miejscówka. Jest tu wszystko! Wsteczny prąd, graniczący z nurtem, kamieniste dno, oraz masa drobnicy, która przyciąga wygłodniałe sandacze!

 

Na pierwszy rzut oka to mało ciekawe miejsce, kryję w sobie ogromny potencjał. Głęboka na 4m rynna z kamienistym dnem i zatopionymi konarami, dodatkowo otoczona piaszczystymi wypłaceniami, jest jedną z moich ulubionych miejscówek.

Zniszczona i zatopiona mała kładka to bardzo ciekawe miejsce. Jej zalegające na dnie fragmenty znacznie spowolniają nurt, który dodatkowo podmywa i wypłukuje piasek tworząc chetnie odwiedzany przez drapieżniki dołek.

W tym miejscu mamy niemalże wszystko co może zagwarantować nam sukces! Widoczne z prawej strony przewężenie znacznie się poszerza, a nurt dodatkowo hamowany jest przez zalegające na dnie drzewo. Tuż pod nim utworzył się dość głęboki dołek z piaszczystym dnem. Nurt w tym miejscu znacznie zwalnia, jednocześnie tworząc niemalże książkowe miejsce, w sam raz dla zimującej drobnicy, za którą podążają drapieżniki.

Sprzęt i technika

I. Spinning

Spinning to w przypadku sandaczy skuteczna, ale i wymagająca metoda, dlatego też złowienie swojego pierwszego mętnookiego na sztuczną przynętę stanowi niemalże pewien rodzaj nobilitacji wędkarskiej. Ogrom różnej maści wabików i technik ich prowadzenia, sprawia jednak, że większość wędkarzy rezygnuje z „kręcenia” i wybiera znacznie mniej skomplikowaną żywcówkę bądź gruntówkę z martwą, lub żywą rybką. Nie sposób się nie zgodzić że w większości przypadków to łatwiejsze rozwiązanie okazuję się znacznie skuteczniejsze, ale z drugiej jednak strony tylko spinning może nam zagwarantować prawdziwe emocję i ogrom satysfakcji! Wyczekiwanie na to jedno magiczne „pstryknięcie”, jest prawdziwym sprawdzianem naszej cierpliwości i wytrwałości, dlatego też tylko pulsujący ciężar na końcu zestawu, który pojawia się niemalże od razu po zacięciu „w tempo” jest nam w stanie wynagrodzić wylane litry potu, a niekiedy krwi…

 

Sprzęt

1. Wędzisko

Wędzisko do połowu sandaczy na spinning powinno posiadać pewne i zarazem bardzo istotne cechy! Warto wziąć sobie do serca poniższe rady, ponieważ nie każdy kij nadaje się do łowienia tych drapieżników! Uwagę tą kieruję głównie do początkujących wędkarzy, jednocześnie chcąc ustrzec ich od dokonania niezbyt udanego wyboru.

Zwolenników zasady, że to wędkarz łowi ryby, a wędzisko jest tylko narzędziem również zachęcam do dalszej lektury. Być może uda mi się Was przekonać że odpowiednie „narzędzie” może znacząco zwiększyć Wasze szanse nie tylko na udany hol, ale przede wszystkim, na odpowiednie kontrolowanie przynęty, oraz pewne i szybkie zacięcie.

Spinning sandaczowy powinien charakteryzować się wybitnie szybką akcją, oraz mocnym i sztywnym dolnikiem. Szczytówka powinna być odpowiednio czuła, stanowiąc doskonały sygnalizator brań. Warto przy wyborze kija zwrócić uwagę na jego ugięcie podczas holu. W przypadku sandaczy najlepiej sprawdzają się pół – paraboliki, dzięki którym będziemy sobie mogli pozwolić na bezpieczny i siłowy hol, co jak wiadomo w przypadku tych drapieżników jest sprawą kluczową.

Wielu wędkarzy wybiera w tym przypadku wszelkiego rodzaju wklejanki, czyli wędziska z wklejonym fragmentem szczytówki mającym na celu zwiększenie czułości i odpowiednią sygnalizację brań. Mimo że ten rodzaj spinningów został stworzony głównie z myślą o sandaczach i okoniach poławianych na przynęty gumowe, to osobiście odradzam to rozwiązanie.

Musimy pamiętać że łowiąc w małej rzece będziemy wykorzystywać oprócz wszelkiego rodzaju gum również woblery, dlatego radziłbym zastosowanie klasycznego spinningu, który zagwarantuję nam odpowiednią uniwersalność.

W kwestii długości wybór jest praktycznie tylko jeden. Standardowe 2,7m w zupełności wystarczy, aby celnie posłać przynęte, zapewnić nam jej odpowiednią kontrolę, oraz znacznie ułatwić hol nawet w trudnych warunkach terenowych takich jak np. wysoki brzeg lub wszelkiego rodzaju zawady będące często ostatnią deską ratunku dla walczącej o życie ryby.

Ciężar wyrzutowy naszej sandaczówki z uwagi na dość spory wachlarz wagowy przynęt (chodzi tu głównie o gumy) powinien zamykać się w przedziale, od 5g, 7g do 25g, 30g. Z powodzeniem sprawdzą się tutaj kije nieco lżejsze, ale musimy pamiętać że nasza rzeczka choć znacznie mniejsza od Wisły czy Odry, potrafi niejednokrotnie zaskoczyć. Wysoki stan wody w połączeniu ze znaczną siłą nurtu wymusza zastosowanie sporych główek jigowych, a ponadto wyjęcie „trójki” w takich warunkach wymaga zastosowania odpowiednio mocnego wędziska ze sporym zapasem mocy. Osobiście na tego typu łowiskach zdecydowanie najlepiej sprawdza mi się bardz szybki spinning o Ciężarze wyrzutowym od 7 do 25g. Jest on wystarczający i pozwala na zastosowanie zarówno małych i średnich gum, oraz agresywnie pracujących, tonących woblerów.

Wiadomo, że najlepszy rozwiązaniem jest w tym wypadku zamówienie kija w pracowni, gdzie można dobrać oprócz samego blanku wszystkie komponenty co zagwarantuję nam praktycznie 100%zadowolenie. Nie znaczy to jednak że wśród tradycyjnych wędzisk dostępnych w sklepach nie znajdziemy nic odpowiedniego! Powiem więcej, wbrew pozorom w miarę odpowiedni kijek można znaleźć niemalże w każdym przedziale cenowym, przy czym stanowczo odradzam zakup najtańszych wędzisk, z uwagi na niską jakość zastosowanych w nich materiałów (aczkolwiek i tutaj zdarzają się perełki).

Wysłużony Robinson Diaflex 2,7m, 7-25g. Niezwykle lekki, super szybki i dość mocny kijek. Przeszedł już ze mną naprawdę wiele i póki co jest i jeszcze długo będzie moim numerem 1, jeśli chodzi o sandaczowanie na małej rzece. Świetnie radzi sobie z gumami i woblerami, a także z wszelkiej maści obrotówkami i wahadłówkami, dzięki czemu zabieram go również na wyprawy za szczupakiem…

2. Kołowrotek

O ile w przypadku wędziska możemy pozwolić sobie na dość znaczny kompromis cenowy, o tyle na kołowrotku nie powinniśmy oszczędzać. Brzmi niezbyt zachęcająco, ale spokojnie… Przede wszystkim musimy pamiętać, że kołowrotek to bardzo ważna część całego zestawu. To właśnie on wykonuję najcięższą pracę nawijając setki kilometrów linki na każdej wyprawie, dlatego też jego odpowiedni wybór ma kolosalne znaczenie. Dobry młynek powinien charakteryzować się dobrą jakością wykonania, płynną pracą, oraz bardzo precyzyjnym hamulcem o szerokim zakresie regulacji. Warto zwrócić również uwagę na fakt, że głównie będziemy stosować różnego rodzaju plecionki, a niewielu wędkarzy zdaję sobie sprawę, że nie każdy kołowrotek się do tego nadaję. Tańsze konstrukcje wyposażone w grafitowe szpule i rolki kabłąka wykonane z kiepskiej jakości materiałów, mogą znacząco skrócić żywotność linki, oraz powodować jakże irytujący efekt jej skręcania. Zdecydowanie polecam tutaj maszynki wyposażone w szpulę aluminiową, oraz pokrytą tytanem rolkę kabłąka. Zapewni nam to znaczną ochronę drogiej plecionki , co korzystnie wpłynie na jej żywotność.

Odradzam, zakup młynka wyposażonego tylko w jedną szpulę główną. Najlepiej kiedy do naszej dyspozycji mamy dwie aluminiowe o takiej samej pojemności. Powód jest bardzo prosty. Z racji że będziemy wędkować w różnych warunkach atmosferycznych warto zabierać ze sobą zarówno plecionkę jak i żyłkę. Ta druga to jedyne słuszne rozwiązanie podczas ujemnych temperatur!

Ilość łożysk, podobnie jak przełożenie to już kwestia indywidualna. Warto jednak pamiętać, że większa ilość łożysk wcale nie musi oznaczać że cała maszynka będzie dzielnie i płynnie pracować przez wiele sezonów! Wszystko zależy od ich jakości, a co jak wiadomo wiąże się ze znacznie wyższą ceną…

Jak już wcześniej wspomniałem nasz kołowrotek musi cechować doskonała jakość wykonania co przekłada się na wytrzymałość i niezawodność. Z uwagi na dość częste stosowanie dosyć ciężkich przynęt, oraz ewentualne łowienie w silnym nurcie odradzam jaki kol wiek kompromis, dlatego też warto przyjrzeć się sprawdzonym, ale niestety nieco droższym konstrukcjom.

W kwestii rozmiaru wybór jest stosunkowo prosty. Osobiście jestem zwolennikiem stosowania możliwie jak najlżejszych zestawów, w związku z czym nie używam żyłek grubszych niż 0,22mm, oraz plecionek w średnicach od 0,15 do 17mm. Proponuję więc rozmiary: 2000,2500. Należy jednak pamiętać, że producenci różnie oznaczają swoje kołowrotki, dlatego przyjmijmy że odpowiedni młynek powinien mieć szpulkę o pojemności ok. 130 – 150m żyłki o średnicy 0,25mm. Taka wielkość pozwoli nam na zminimalizowanie efektu skręcania, oraz ułatwi właściwy nawój co znacząco przełoży się na komfort zarówno podczas holu jak i celnego i dalekiego posyłania przynęty.

 

Sprawdzony i niezawodny Team Dragon 920iz. Przeszedł ze mną naprawdę sporo i śmiało mogę polecić ten model wszystkim, którzy szukają solidnej konstrukcji w przystępnej cenie. Bardzo dobre wykonanie, doskonały hamulec, niesamowicie płynna praca, oraz wzorowe nawijanie linki to ogromne zalety tego kołowrotka…

3. Żyłka czy plecionka?

Jeśli chodzi o sandacze wybór jest praktycznie jeden. Praktycznie nie rozciągliwa plecionka doskonale wpływa na czułość całego zestawu, umożliwiając wyczucie nawet najdelikatniejszych brań, oraz wszelkich zawad i przeszkód. Jej najważniejszą cechą jednak jest wspomniana na wstępie mała rozciągliwość, która znacznie ułatwia prawidłowe zacięcie i pewne umieszczenie haka w twardym pysku sandacza. Jak zapewne zauważyliście plecionki występują w różnych kolorach, w tym w tzw. Fluo (najczęściej czerwony, różowy lub żółty). Wybór koloru to kwestia indywidualna, aczkolwiek warto zastanowić się właśnie nad tymi ostatnimi, ponieważ ich zastosowanie ułatwia kontrolę przynęty, oraz obserwację delikatnych, często niewyczuwalnych brań, sygnalizowanych jedynie przesunięciem linki. W przypadku kiedy stosujecie kolor fluo, oraz samą agrafkę i obawiacie się że rażący kolor może wpłynąć niekorzystnie na brania, warto zabierać ze sobą zwykły czarny wodoodporny flamaster, którym można zamalować odcinek linki o dł. ok. 50-60cm. Kolejną bardzo ważną rzeczą jest zastosowanie odpowiedniego wiązania, które pozwoli w pełni cieszyć się dużą wytrzymałością, co niewątpliwe przełoży się na mniejsze straty w przynętach. Poniżej na rysunku znajdziecie instrukcję jak zawiązać prawidłowo tzw. „palomara” (o jego jakość nie musicie się martwić, gdyż po pierwsze jest zalecany przez PowerPro czyli jednego z liderów w produkcji plecionek, po drugie osobiście go używam i jak do tej pory nigdy mnie nie zawiódł).

Niestety z racji swojej konstrukcji plecionki kompletnie się nie sprawdza ją podczas ujemnych temperatur. W takim wypadku, o czym zresztą już wspominałem warto mieć ze sobą zapasową szpulkę z żyłką. Jest ona co prawda o wiele bardziej podatna na rozciąganie i na pewno obniży nasze szanse na skuteczne zacięcie, ale przy odrobinie wprawy pozwoli na wyholowanie niejednego mętnookiego drapieżnika.

 

„Palomar” – sprawdzony i niezawodny węzeł do stosowania zarówno z żyłką, jak i plecionką. Pod tym linkiem znajdziecie również animację:

Palomar Animacja

4. Przynęty

Rippery, kopyta i twistery

Jeśli chodzi o przynęty, będziemy używać głównie wszelkich gumowych imitacji. Twistery, kopyta, rippery, oraz różnego rodzaju kombinację, zajmą większość miejsca w naszych sandaczowych pudełkach. W tym miejscu, muszę niestety rozczarować wędkarzy, którzy nie lubią zabierać ze sobą dużej ilości sprzętu. Tylko odpowiednia ich ilość, bogata kolorystyka, oraz mnogość rozmiarów jest w stanie zwiększyć nasze szanse. Oczywiście, nie wszystkie wabiki nadają się do łowienia sandaczy! Musimy pamiętać że praca najlepszych sandaczowych gum różni się nieco od tych szczupakowych. Najlepiej kiedy nasza guma posiada bardzo intensywną pracę ogonka (głównie podczas opadania), oraz nie lusterkuje zbytnio na boki, aczkolwiek fakt ten nie zawsze stanowi regułę!

Niekiedy zdarza się, że odpowiednie zachowanie naszej przynęty można korygować przy pomocy różnych gramatur główek jigowych, oraz rozmiaru haka. Czasem więc, warto nieco pokombinować, zanim stwierdzimy że dana guma do niczego się nie nadaję.

W przypadku sandaczy, nie powinniśmy pozwolić sobie na jaki kol wiek kompromis, dlatego też powinniśmy zabierać ze sobą możliwie jak największą ilość różnego rodzaju przynęt, ponieważ nigdy nie wiemy co akurat przypadnie rybom do gustu.

Podobnie jak większość wędkarzy i ja mam swoje ulubione modele. Są to produkty różnych producentów i śmiało mogę powiedzieć że znaczna ich liczba nieźle sprawdza się na mojej rzece. Chętnie testuję również wszelkie nowości, oraz weryfikuję atrakcyjność „hiciorów”, polecanych zarówno przez producentów i prasę wędkarską jak i moich kolegów po kiju.

 

Do wg. mnie najlepszych należą zdecydowanie:

Kopyta i rippery:

– Mann’s Predator

– Mann’s Ripper

– Mikado Fishunter

– Relax Kopyto

– Relax Shad

– Relax Cloney

– Relax Ohio

– Relax Banjo

– Dragon Reno Killer

– Dragon Lunatic

– Dragon Bandit

 

Twistery:

W przypadku Twisterów, stosuję głównie sprawdzone produkty z Relaxa i Mann’sa. Ich ogromna różnorodność rozmiarowa i kolorystyczna, oraz doskonała praca w zupełności wystarcza, aby każdy wędkarz znalazł wśród nich coś dla siebie.

W kwestii doboru odpowiedniego rozmiaru, wśród spinningistów panuje pewna zasada. Im bliżej zimy, tym stosujemy większe gumy. Niewątpliwe wpływ na to ma fakt, że w niskich temperaturach drapieżniki znacznie wolniej trawią pokarm, dlatego też bardziej opłaca się im zjedzenie większej zdobyczy, co znacząco wpływa na mniejsze straty w energii podczas polowania. Oczywiście i tutaj są wyjątki. Niejednokrotnie byłem świadkiem jak w grudniu sandacze kapitalnie reagowały na małe 5cm twisterki, totalnie ignorując typowe dla tego okresu 10,12cm kopyta i twistery.

Dobór odpowiedniego koloru to już „temat rzeka”. Najpopularniejsze biele, perły z brokatem lub bez, oraz wszelkie żółcie, pomarańcze, zielenie i brązy wzbogacone dodatkowo brokatem, różnobarwnym grzbietem muszą często ustąpić z pozoru mało atrakcyjnym (a czasem wręcz szalonym) kombinacjom. Wszelkie róże, fluo połączone z błękitami i czerwienią, oraz różnej maści fiolety i herbatki, mogą niejednokrotnie przynieść niesamowite efekty! Warto również w swoim arsenale mieć gumy w naturalnych kolorach. Pamiętajmy, że sandacz jako typowy drapieżnik oprócz wszelkiego rodzaju ryb karpiowatych w swoim jadłospisie ma również inne mniejsze drapieżniki stanowiące dla niego konkurencje pokarmową. Doskonale w tym przypadku sprawdzają się zielenie i żółcie przypominające małe okonki i sandaczy ki, oraz brązy, pomarańcze i marchewki imitujące jazgarze.

Przy doborze odpowiedniej kolorystyki warto przede wszystkim zwrócić uwagę na nasłonecznienie, oraz klarowność wody. Logicznie rzecz biorąc im czystsza woda tym kolory zdecydowanie naturalne (Perły, fiolety, zielenie i brązy z dodatkiem różno kolorowego brokatu). W przypadku znacznego zabrudzenia polecam sięgnąć do różnego rodzaju bieli, żółci, róży, oraz chyba najpopularniejszych seledynów fluo.

Obciążenie

Rzeka, nawet ta mniejsza to łowisko bardzo wymagające, dlatego też, oprócz bogatego arsenału przynęt warto ( a nawet koniecznie!) zabrać ze sobą osobne pudełko z główkami jigowymi w bogatej gramaturze. Ogromne zróżnicowanie dna, oraz różnice w szybkości i sile nurtu sprawiają że często będziemy zmuszeni stosować różne obciążenie naszej przynęty, aby zapewnić jej odpowiednią pracę i prowadzenie, oraz odpowiedni czas, po którym opadnie na dno (niezmiernie ważna kwestia, przy łowieniu z tzw. opadu!). Pamiętajmy również że na tego typu łowiskach stan wody może zmienić się diametralnie w ciągu kilku godzin! Dlatego też musimy być przygotowani do ewentualnej zmiany na znacznie cięższą, lub lżejszą główkę.

Warto zwrócić uwagę również na hak, a w zasadzie jego ostrość i wytrzymałość, gdyż jest to sprawa kluczowa! Jak już wspomniałem sandacze wymagają mocnego i pewnego zacięcia, oraz szybkiego i siłowego holu. W tej kwestii również odradzam jaki kolwiek kompromis, ponieważ każda oszczędność z naszej strony z pewnością zostanie bardzo szybko zweryfikowana nad wodą.

Woblery

Woblery, to doskonałe i sprawdzone przynęty sandaczowe! Ogromny wybór rozmiarów, wariantów kolorystycznych, głębokości na której pracują, oraz charakteru samej pracy znacząco wpływa na ich skuteczność i popularność. Dobry wobler sandaczowy, powinien charakteryzować się niezbyt agresywną pracą, oraz zdecydowanie wydłużonym korpusem zbliżonym kształtem do uklei. Doskonałe w tym wypadku są wąskie, pływające i schodzące nie głębiej niż na 1,5m wabiki.

Jeśli chodzi o barwę to wg mnie najlepiej sprawdzają się kolory zbliżone do naturalnych. Najlepsze „płocie” i „ukleje” warto czasem zmienić na „okonia”, „kiełbia” lub „jazgarza”. Osobiście przekonałem się że nie mniej skuteczne są(a w niektórych warunkach zdecydowanie lepsze!) wszelkie połączenia ciemnej zieleni z rażącymi żółciami i pomarańczami. Warto również w swoim arsenale mieć kilka tzw. „Fire-tiger’ów”, ponieważ świetnie sprawdzają się wszędzie tam gdzie woda jest mocno zabrudzona.

W odróżnieniu od gum, które doskonale sprawdzają się podczas obławiania stref znajdujących się blisko dna, woblery z reguły stosuję się do łowienia sandaczy, gdy polują na przebywającą w rejonach powierzchniowych drobnice, oraz podczas nocnych wypraw ze spinningiem.

Nie jest to oczywiście regułą, ponieważ z powodzeniem możemy obłowić głębokie partie łowiska głęboko schodzącym, tonącym woblerem, który niejednokrotnie może okazać się znacznie skuteczniejszy od tradycyjnego kopyta czy twistera.

 

Jeśli chodzi o konkretne modele od siebie mogę polecić zdecydowanie:

– Kenart Fighter

– Kenart Dynamic

– Kenart Winner Plus

– Dorado Classic

– Dorado Tender

– HRT Dancer

5. Technika łowienia

W przypadku woblerów sprawa jest dosyć prosta. Po wybraniu odpowiedniego stanowiska naszym zadaniem jest odpowiednie podanie przynęty, oraz jej powolne lub nieco szybsze prowadzenie. Możemy prowadzić nasz wabik zarówno pod prąd jak i z prądem. Warto czasem uatrakcyjnić nieco pracę woblera poprzez delikatne podszarpywanie, co kilka obrotów korbki kołowrotka.

Pamiętajmy koniecznie o odpowiednim zachowaniu się nad wodą i maskującym ubiorze. Polujące na płytkiej wodzie sandacze, są bardzo ostrożne i każdy niefortunny ruch może przekreślić nasze szanse na branie!

Jeśli chodzi o gumy sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Istnieje kilka sprawdzonych rodzajów ich prowadzenia, przy czym należy pamiętać że każdy z nich wymaga pełnego zaangażowania i skupienia. Tradycyjne „rzucam i zwijam” możemy sobie odpuścić już na starcie, ponieważ w tym przypadku o naszym sukcesie może zdecydować jedynie szczęśliwy przypadek.

Do najpopularniejszych sposobów na przechytrzenie sandacza należą tzw. „szuranie po dnie”, oraz opad. Przeglądając liczne publikacje na ten temat można uzyskać wystarczającą ilość informacji, aby opanować je w ciągu zaledwie jednego wypadu. Mimo wszystko jednak postaram się Wam je przybliżyć i po krótce wyjaśnić.

„Szuranie”, po dnie to nic innego jak bardzo powolne ściąganie mocno obciążonej gumy, która „ryjąc” wabi sandacze, poprzez wzniecanie znajdujących się na dnie osadów. Bardzo dobrze sprawdzają się tutaj twistery uzbrojone ogonkiem do dołu, oraz kopyta i rippery z dużą i szeroką płetewką. Metoda, ta doskonale sprawdza się wszędzie tam, gdzie dno jest piaszczyste, lub usłane bardzo drobnym żwirkiem. Możemy urozmaicić ją, poprzez delikatne podbijanie szczytówką wędziska, co kilka obrotów korbki. Branie najczęściej następuje właśnie po takim podbiciu, w momencie kiedy nasza przynęta zaczyna opadać. Warto również przerwać zwijanie na kilka sekund, poczym gwałtownie je ponowić. Tempo samego zwijania powinno być zdecydowanie spokojne, aczkolwiek od czasu do czasu warto je nieco zwiększyć. Ten rodzaj prowadzenia z powodzeniem możemy stosować zarówno z prądem jak i pod prąd.

„Wleczenie” to sposób prowadzenia bardzo zbliżony do powyższego z tym że w tym wypadku nasza przynęta, jest przesuwana przez prąd, dlatego też należy ją umieszczać pod, nie z prądem. Musimy pamiętać o odpowiednim dobraniu obciążenia, które pozwoli nurtowi rzeki przesuwać powoli przynętę po dnie, oraz o utrzymywaniu napiętej plecionki poprzez redukcję luzów. Na każde nienaturalne zachowanie linki (przesunięcie w bok, nagłe poluzowanie) reagujemy natychmiastowym zacięciem! Sposób ten jest niezwykle skuteczny, wszędzie tam gdzie występują kiełbie, oraz jazgarze na które sandacze bardzo chętnie polują.

Pamiętajcie, aby możliwie jak najszybciej sprowadzić zapiętą zdobycz na brzeg ponieważ często się zdarza że atakujące z góry drapieżniki zapinają się za spodnią część pyska lub brzuch.

Opad to zdecydowanie najskuteczniejszy i nieco odmienny od poprzednich sposób prowadzenia sandaczowej przynęty. Najprościej rzecz ujmując chodzi w nim o to, aby podbić gumę, po czym pozwolić jej opaść na napiętej lince. W teorii brzmi to wręcz banalnie, ale niestety w praktyce jest o wiele bardziej skomplikowane, istnieje bowiem kilka sposobów podbijania przynęty, a sam jej opad musi być w pełni kontrolowany i nie zbyt szybki .

Czas opadania zależy w dużej mierze od ciężaru główki, oraz od wyrskości na którą podciągnęliśmy przynętę, a samo podciągnięcie wykonujemy jednym bądź dwoma gwałtownymi uniesieniami szczytówki lub dwoma bądź trzema obrotami korbki kołowrotka. W praktyce wygląda to mniej więcej tak:

– Zaraz po zarzuceniu kiedy tylko przynęta dotknie wody zamykamy kabłąk, unosimy wysoko szczytówkę do góry (nieco ponad głowę i nie opuszczamy jej!), poczym szybko zwijając redukujemy luz na lince.

– Pozwalamy przynęcie swobodnie opaść na dno, pamiętając o cały czas napiętej lince!

– Podczas opadania przynęty linka będzie powoli opadała przesuwając się w naszą stronę, po czym nagle się całkowicie zluzuje opadając na wodę – przynęta znajduje się na dnie!

– Trzymając cały czas szczytówkę w górze podbijamy gumę poprzez szybkie i gwałtowne uniesienie jej do góry (możemy to zrobić na tzw. Jedno lub dwa tempa, czyli jedno lub dwa, gwałtowne podciągnięcia wędziskiem), następnie wybieramy kołowrotkiem powstały luz i podobnie jak po zarzuceniu pozwalamy przynęcie opaść na dno

– Zamiast podciągać przynęte wędziskiem możemy zastosować znacznie prostszy sposób. Wystarczy trzymając cały czas kij w górze wykonać dwa lub trzy szybkie obroty korbką kołowrotka, a następnie analogicznie do poprzedniego sposobu pozwolić jej opaść

– Ważne jest abyśmy byli cały czas skupieni zarówno na szczytówce wędziska jak i na plecionce. Często zdarza się że oprócz typowych „pstryknięć” i uderzeń, branie sygnalizowane jest poprzez przytrzymanie lub nienaturalne zachowanie linki. Na każdy z tych sygnałów reagujemy natychmiastowym zacięciem!

– Hol powinien być możliwie jak najszybszy, ale nie nerwowy!

Bardzo ważne w tej metodzie jest eksperymentowanie, a monotonne powtarzanie tego samego często kończy się porażką. Zachęcam zatem do kombinowania z czasem opadania przynęty (zdarza się że czasem sandacze reagują na bardzo wolno opadającą gumę, a czasem wręcz odwrotnie!), wysokością jej podbijania, oraz przede wszystkim do pełnego skupienia i zaangażowania!

Nawet taki sandaczyk, daję masę satysfakcji i jest wspaniałą nagrodą, za nasze starania, cierpliwość i poświęcenie.

 

Piękny prawie sześćdziesięciopięcio – centymetrowy sandacz. Uderzył w opadające kopyto Mann’sa tuż po zachodzie słońca w chłodny październikowy wieczór.

II. Żywcówka spławikowa z martwą, lub żywą rybką

Metoda ta jest dość często wybieraną alternatywą dla znacznie bardziej skomplikowanego spinningu. Nie wymaga aż takiego zaangażowania przez co dla wielu wędkarzy jest po prostu wygodniejsza. Ponadto znajdująca się na haku martwa lub żywa rybka często okazuję się znacznie skuteczniejsza od wszelkich gumowych i drewnianych imitacji, co niewątpliwie ma ogromny wpływ na jej popularność.

Osobiście bardzo rzadko decyduję się na jej wybór podczas planowania sandaczowej wyprawy, ale z drugiej jednak strony perspektywa spędzenia kilku dobrych godzin w wygodnym fotelu wędkarskim, przy ognisku wraz z towarzyszami po kiju zwykle wystarczy, abym odłożył spinning i sięgnął po teleskop uzbrojony w żywcowy zestaw…

 

Sprzęt

1. Wędzisko

Obecnie na rynku, możemy znaleźć całą gamę wędzisk idealnie nadających się do sandaczowej żywcówki. Znajdziemy wśród nich zarówno wędziska teleskopowe, jak i 3 składowe. Ogólnie rzecz biorąc wybór odpowiedniej konstrukcji to kwestia indywidualna, aczkolwiek warto zwrócić uwagę na fakt iż modele składowe są z reguły znacznie sztywniejsze, mają o wiele lepszą akcję a sam rozkład działających na nie obciążeń jest zdecydowanie lepszy. Mimo to większość wędkarzy wybiera jednak kije telekopowe co podyktowane jest znacznie większą łatwością w transporcie, składaniu, oraz rozkładaniu. Są to jednak zalety nie do końca uzasadnione. Wbrew pozorom wędzisko teleskopowe trudniej utrzymać w czystości, dlatego też kiedy np. podczas nocnej wyprawy odłożymy je gdzieś na piasku będziemy je musieli dokładnie przepłukać, co jak wiadomo nie jest prostą sprawą. Zlekceważenie tej czynności może doprowadzić do uszkodzenia lakieru, a w następstwie samego blanku. Drugim poważnym minusem o którym również zapominamy jest wpływ wody i ujemnych temperatur. Często zdarza się że znajdująca się na blanku woda spływa do miejsc łączenia poszczególnych sekcji, poczym zamarza. Nie muszę chyba mówić czym w takiej sytuacji może skończyć się siłowa próba złożenia wędki …

Kije składowe na tym polu wypadają znacznie lepiej, dlatego też radzę rozważenie tej informacji przed dokonaniem zakupu…

Wędzisko do połowu sandaczy metodą żywcową powinno być dosyć sztywne i w miarę szybkie. Odpowiedni zapas mocy pozwoli nam na bezpieczny i pewny hol, a samo zacięcie powinno zapewnić prawidłowe umieszczenie haka w twardym pysku ryby. Ciężar wyrzutowy w przeciwieństwie do typowych szczupakowych żywcówek nie powinien przekraczać 40 – 60g. Świetnie w tym przypadku sprawdzają się wszelkiego rodzaju uniwersalne gruntówki, oraz mocne wędziska spławikowe.

W kwestii długości polecam zdecydowanie kije dłuższe (3,9-4,5m), gdyż taka długość znacznie ułatwia celne rzucanie, odpowiednią kontrolę zestawu, oraz często siłowy i utrudniony z powodu wszelkich zawad i zaczepów hol.

 

Osobiście jako żywcową sandaczówkę używam wędziska teleskopowego Lineaeffe o dł. 4m i ciężarze wyrzutowym do 60g. Wędzisko to przeznaczone jest do popularnego np. we Włoszech jeziorowego połowiania pstrągów, ale świetnie sprawdza się również jako lekka spławikowa żywcówka. Dosyć sztywna i szybka konstrukcja w połączeniu z całkiem przyzwoitym wykonaniem i bardzo atrakcyjną ceną okazała się trafnym wyborem. Jedynym mankamentem tego wędziska jest konieczność ponadprzeciętnego dbania o jego czystość, co jak wiadomo w wędkarskim ferworze bywa niekiedy bardzo trudne…

2. Kołowrotek

W przeciwieństwie do kołowrotka spinningowego w tym wypadku możemy pozwolić sobie na znacznie większy kompromis. Jak wiadomo tutaj nasz młynek nie będzie musiał wykonywać aż tak ogromnej i żmudnej pracy, dlatego też warto rozejrzeć się za konstrukcjami tańszymi, ale sprawdzonymi. Warto zwrócić uwagę na modele uniwersalnego przeznaczenia w średnich i dużych rozmiarach. Wielkość 3000 będzie optymalna. Ważne aby szpula naszego kołowrotka mieściła ok. 200m żyłki o przekroju 0,25mm, gdyż właśnie taka średnica jest wystarczająca. Grubsze linki sprawdzają się znacznie lepiej przy połowach gruntowych na dużych zbiornikach i jeziorach.

Przy wyborze kołowrotka koniecznie trzeba zwrócić uwagę na hamulec, który powinien być czuły i mieć szeroki zakres regulacji, oraz na jakość nawijania linki. Wszelkie niedociągnięcia w tej kwestii mogą powodować np. opory podczas brania co w konsekwencji może doprowadzić do wyplucia przez ostrożnego sandacza przynęty!

W kwestii ilości łożysk sprawa wygląda identycznie jak przy wyborze kołowrotka spinningowego. Im ich więcej tym większa szansa na awarię. Dotyczy to głównie tańszych modeli wyposażonych w kiepskiej jakości komponenty.

Dragon Viper DH RD 830 to doskonałe uzupełnienie sandaczowej żywcówki. Doskonały hamulec, dość płynna praca, dobre nawijanie linki, oraz atrakcyjna cena to niezaprzeczalne atuty tej konstrukcji. Polecam go z czystym sumieniem, ponieważ jak do tej spisuje się świetnie.

3. Zestaw

Sandaczowa żywcówka różni się nieco od szczupakowej, z czego niestety spora część wędkarzy nie zdaje sobie sprawy. Chodzi tu głównie o znacznie większą finezję i dobór przynęty. Typowe „boję” muszą ustąpić znacznie delikatniejszym nawet 2-3g spławikom, a na końcu przyponu powinien się znaleźć pojedynczy hak zamiast kotwiczki! Ostrożne sandacze, kiedy tylko natrafią na dający zbyt duży opór spławik, lub kotwice niemalże od razu wypluwają przynętę. Aby tego uniknąć warto przy zbrojeniu zestawu przestrzegać kilku bardzo istotnych zasad…

Spławik – jak już wcześniej wspomniałem wszelkie „boje” możemy sobie odpuścić. O wiele lepiej sprawdzają się tutaj zwykłe, wąskie i mocowane dwu – punktowo spławiki, oraz te nieco cięższe przeznaczone np. do metody bolońskiej. W sprzedaży można również znaleźć sygnalizatory przeznaczone typowo pod sandacza, a ich niewątpliwym plusem jest możliwość włożenia świetlika wewnątrz antenki co jest nieocenione podczas nocnych wypraw. Ich jedynym minusem jest fakt że najczęściej przystosowane są do zamontowania przelotowego, ale przy odrobinie chęci i dostępu do wszelkich igielitów o różnej średnicy bez problemu da się je „przerobić” na klasyczne, montowane dwu – punktowo. Wyporność powinniśmy dobierać do głębokości oraz siły nurtu, aczkolwiek nie powinna być ona większa niż 5,6g. Osobiście z powodzeniem stosuję spławiki o wyporności 2,3g, delikatnie je niedoważając. Takie rozwiązanie znacznie zmniejsza opór podczas brania, oraz niweluje zatapianie sygnalizatora nawet przez większe i energiczne żywczyki.

 

Obciążenie – Tutaj zdecydowanie polecam stosowanie oliwek przelotowych, koniecznie wyposażonych w igielit, co zapobiega przetarciom żyłki. Przed przyponem warto zastosować gumowy stoper w celu ochrony węzła.

Przypon – Stanowczo odradzam stosowanie plecionki jako przypon. Często nastawiając się na sandacze naszym żywcem lub nawet martwą rybką może zainteresować się szczupak, dlatego też, aby uchronić go przed mało atrakcyjną dekoracją w postaci haczyka warto stosować możliwie jak najdłuższe przypony wolframowe.

Przypon wiążemy bezpośrednio do żyłki głównej. W przypadku kiedy będziemy nabijać „trupka” wykorzystując do celu specjalną igłę, warto zastosować dodatkowy krętlik z agrafką, pomiędzy przyponem a żyłką główną.

Hak – Rozmiar dostosowujemy do wielkości przynęty. W tym przypadku polecam zdecydowanie ostre i wytrzymałe haki najlepszych producentów.

4. Technika łowienia

Sama technika łowienia jest bardzo prosta i przypomina zwykłą spławikową przystawkę, lub przepływankę. Należy jedynie pamiętać, aby dość znacznie przegruntować zestaw. Takie rozwiązanie zapewnia utrzymanie przynęty w miejscu, nawet w dość szybkim nurcie. W przypadku kiedy sandacze żerują przy powierzchni, warto zmniejszyć grunt i pozwolić, aby zestaw poruszany przez prąd penetrował znaczną część łowiska. Oprócz typowej zasiadki, warto również pokusić się o wypróbowanie tzw. techniki na „macanego”. Polecam ją głównie wędkarzom lubiącym wędrówki i nie mogącym usiedzieć spokojnie w jednym miejscu. Polega ona głównie na sprawdzaniu dołków i ciekawych miejsc i często przynosi bardzo dobre efekty.

Należy pamiętać, o nie zostawianiu zamkniętego kabłąka po umieszczeniu zestawu w wodzie. Owszem możliwe jest to tylko w wypadku, kiedy nurt jest spokojny i nie powoduje przesuwania zestawu z łowiska, ale i na to jest sposób. Wystarczy zwykłą gumkę recepturkę zawiązać na zwykły supełek na blanku blisko kołowrotka i wsunąć w nią fragment żyłki. Rozwiązanie to świetnie się sprawdza również w wietrzne dni zapobiegając niepożądanemu spadaniu linki ze szpuli.

Jeśli chodzi natomiast o czas po którym należy zacinać zdania są podzielone. W przypadku kiedy mamy zamiar wypuścić naszą zdobycz (do czego zdecydowanie namawiam!) warto wykonać je niemalże natychmiast po braniu. Często jednak nasze zacięcie będzie nieskuteczne . Aby efekt ten nieco zniwelować możemy zastosować mniejszą przynętę, lub zmienić sposób jej zbrojenia. Należy pamiętać że sandacz, podobnie jak szczupak atakuję swoja ofiarę w połowię ciała, po czym ją obraca i połyka od strony pyska, lub ogona, dlatego też najlepiej jest umieszczać hak w części ogonowej, lub grzbietowej.

W przypadku kiedy jesteśmy zdecydowani zabrać naszą zdobycz ze sobą, możemy sobie pozwolić na nieco dłuższe zwlekanie z zacięciem. W tym przypadku najlepiej sprawdza się klasyczne zbrojenie żywej rybki za pyszczek, bądź grzbiet, a w przypadku trupka wykorzystując specjalną igłę. Narzędzie to znajdziemy w każdym sklepie wędkarskim, zaś sama procedura jest bardzo prosta. W pierwszej kolejności należy wbić igłę tuż przed płetwą ogonową, poczym przekuć się pod samą skórą aż do pyszczka. Następnie odpinamy przypon wraz z hakiem i zaczepiamy go krętlikiem za specjalnie wyprofilowaną część igły. Kolejny krok to cofnięcie igły i przeciągnięcie przyponu do momentu aż z pyszczka będzie wystawał tylko łuk i grot haka.

 

Ten nieduży sandacz połakomił się na martwą ukleję uzbrojoną przy pomocy igły. Mimo głęboko połkniętej przynęty udało się go bezpiecznie wypiąć, dzieki czemu mógł zostać wypuszczony

5. Przynęta, pozyskiwanie i przechowywanie

Zgodnie z obowiązującymi przepisami niestety nie możemy sobie pozwolić na zakup żywcy i wykorzystanie ich w formie przynęty. Utrudnia to nieco całą sprawę, ale mimo wszystko warto się nieco pomęczyć i spróbować zdobyć żywe rybki na własną rękę. W przypadku uklei sprawa jest dosyć prosta. Korzystające z ostatnich promieni słońca ukleje są często bardzo łatwe do namierzenia. Wystarczy poświęcić nieco czasu na znalezienie spokojnego i nasłonecznionego odcinka rzeki. Wszelkie „oczka” na wodzie stanowią niewątpliwy dowód na obecność tych małych, srebrnych rybek, będących jednocześnie jedną z najlepszych przynęt na sandacza. Do ich połowu wystarczy w zupełności delikatna spławikówka z bardzo lekkim zestawem. Spławik o wyporności do 1g, przypon o grubości 0,06mm – 0,08mm i haczyk w rozmiarze 16-18 w zupełności wystarczy. Jako przynętę polecam użyć pojedynczą pinkę, białego robaka, lub ciasto z chleba. Do zanęcenia warto użyć niedowilżonej zanęty, oraz małej ilości pinki, lub kasterów.

Jeżeli w sąsiedztwie rzeki znajduję się starorzecze warto spróbować złowić w nim karasia. Zestaw i przynęta jest niemalże identyczna jak w przypadku uklei.

 

Wszelkie rzeczne dołki warto również obłowić zakładając na haczyk małego czerwonego robaczka, lub jego fragment. Może się zdarzyć że w ten sposób natrafimy na ławicę żerujących jazgarzy, dzięki czemu problem z żywcami zostanie rozwiązany w ciągu kilku chwil.

Osobiście wybierając się na sandacze z żywcówką zawsze zabieram ze sobą drugą wędke spławikową. Korzystając z faktu iż szukam drapieżników w miejscach gdzie zimuję białoryb, staram się również złowić żywczyka. Bardzo często zdarza się że w zanęcone miejsce wchodzą większe ryby takie jak płocie i leszcze, które można również wykorzystać jako przynętę w postaci fileta.

Innym, doskonałym sposobem na pozyskanie przynęty na jesienne sandacze jest łowienie drobnicy w sezonie wiosennym i letnim, co jak widomo jest znacznie prostsze. Żywe rybki bardzo trudno przechowywać w warunkach domowych, dlatego też można je zabić zaraz po złowieniu i zamrozić. Sposób ten zapewnia nam dostęp do przynęty przez cały sezon, a w przypadku znacznej ilości „trupków” w zamrażalniku nawet na dłużej. Dosokonałym sposobem przechowywania zamrożonych rybek jest trzymanie ich w zwykłej, śniadaniowej folii. Zabite ukleje, karasie lub jazgarze przed włożeniem do lodówki układamy na rozłożonej torebeczce najlepiej po 4,5 sztuk i zwijamy tak aby nie stykały się ze sobą. Ułatwia to znacznie wykorzystanie ich na łowisku. Tak przygotowane „pakieciki z trupkami” można zabierać nad wodę w styropianowych pudełkach, przeznaczonych do przechowywania ochotki. Pozwoli to uniknąć zbyt szybkiego odmarznięcia, dzięki czemu niewykorzystaną przynętę będziemy mogli użyć na następnej wyprawie.

 

Mam nadzieję że wszystkie wskazówki i rady zawarte w tym artykule pomogą Wam drodzy koledzy i znacznie ułatwią przechytrzenie rzecznych smoków, jednocześnie odkrywając piękno i potencjał małych i pozornie nieatrakcyjnych rzek. Niegdyś sceptycznie nastawiony do tego typu łowisk dzisiaj jestem ich prawdziwym miłośnikiem.

Życzę Wam , abyście podobnie jak ja znaleźli swoją małą i rybną ostoję, dzięki której przeżyjecie wiele wędkarskich emocji, które pozwolą przezwyciężyć jesienno – zimową chandrę i utkwią w Waszej pamięci na lata !

Pozdrawiam serdecznie i Połamania!