Ta historia wydarzyła się naprawdę. Zacznę od początku.Od dłuższego czasu nosiło mnie z kąta w kąt.Sezon wędkarski praktycznie dla niektórych się zakończył. Sytuacja patowa –niby zima ale taka bardziej wiosenna.Lód za cięki żeby na niego wejść a lokalne rzeczki zamarznięte.Ja należę do tej nielicznej grupy wędkarzy u których trwa on cały rok.Nieważne że pada deszcz,świeci słońce,jest potwornie zimno czy dokucza letni skwar.

Jak tylko uda mi się znaleźć chwilę wolnego czasu,bądź zewrze mi styki(co zdarza się bardzo często)uciekam na ryby .Ile to razy zadawałem sobie pytanie-co kieruje takim gościem jak ja, że nie bacząc na przeciwności  losu staram się dopiąć swego.No i zawsze to samo pytanie –co to jest? 

Miłość,choroba,zboczenie,obsesja,hobby a może uzależnienie?.Nie jest to  jednak takie ważne-błogostanie trwaj.Gdybym nie wędkował być może bym  zgłupiał,stoczył się na dno albo co bardzo możliwe- straciłbym sens  życia.Fajnie że syn też dał się wciągnąć w wir wędkarskiego hobby.Ten wypad planowałem już wcześniej.Telefony do kolegów po kiju-jadą! Mamy skład 3 osobowy –Ja,Darek i Paweł.Niestety od planu do realizacji daleka droga.W przeddzień planowanego wyjazdu Darek zachorował a Paweł miał problemy  osobiste.Być może  powodem był strach przed zapowiadanym mrozem.Jakoś specjalnie nie robi to na mnie wrażenia-nie to nie,łaski bzy.Pakuję sprzęt do samochodu,no i to wszechobecne dziwne mrowienie w brzuchu.Staram położyć się wcześniej spać ale wizja tych olbrzymów w wodzie nie pozwala mi usnąć przed 23.Rano budzę się cały w skowronkach.Nieważne że na dworze -13 stopni i spałem tylko 5 godzin.Siadam w autko i hejka dalej przed siebie.Kierunek znany,wiem gdzie mogę przyspieszyć,gdzie zwolnić bo może być ślisko.2 godziny ciągną się w nieskończoność.Jednak widok komina elektrociepłowni Połaniec powoduję że na twarzy pojawia się banan.Wysiadam nad wodą z Seata i czuję jak ,,generał mróz’’ atakuje wszystkie odkryte części ciała.Dodatkowo wschodni wiatr potęguje do kwadratu minusową temperaturę.Nic to,przecież jestem na rybach nad ukochaną i znajomą wodą.Podpórki w ziemię(o dziwo wchodzą jak nóż w masło)feedery złożone  dosłownie w 20 sekund-zarzucone i postawione w pionie-zwarte i gotowe czekające na atak wodnych potworów.Mija minuta za minutą a dzwonki milczą –kurna co jest? Tak gdzieś po godzinie przypominam sobie o obowiązku każdej wycieczki-KAWIE!!!Gorący kubek czarnej mazi,staje się błogosławieństwem dla zziębniętego organizmu.W duchu myślę że może rybki nie biorą bo kawy nie było?Dopijam ostatni łyk murzyna,myje kubek i jak na zawołanie odzywa się pierwszy a zaraz potem drugi dzwonek-hura,brania!!!Pierwsze ryby mimo że małe a raczej narybek(około10 cm)brzany i certy,szybko wracają do wody.Zabawa z takimi potworami trwa do  godz.10 a potem……cisza do godz.11.Jeszcze tylko telefon od żony z ironią w głosie i śmiechem-przywieź rybki- tak ze 3,uduszę z cebulką.Nie-to przecież niemożliwe-my i ryby do jedzenia? Przecież to jak ogień i woda.I kto tu jest wariatem?Chwilę potem obydwa feedery gną się w pałąk.Najpierw pierwszy hol, owocuje leszczem 55 cm.a drugi daje Leszka 42.Doławiam jeszcze zamówionego trzeciego-39cm i mam komplet.Potem łowię jeszcze 4 w  przedziale 40-50 cm. co w sumie daje 7 Leszków i kilkanaście certek i brzanek oraz 1 jazia 35 cm.Wracając do domu czuje się jakoś nieswojo.Wiem że te leszczyki już nigdy nie będą giąć mi wędek.Chyba że kiedyś gdy pójdę w stronę światła-złapę was po tamtej stronie.I niech mi teraz ktoś powie że ja i inni wędkarze to normalni ludzie?Niektórzy przy takiej temperaturze,tyłka z domu nie ruszą,a tu gościu 8 godzin przy -13 na luziku,na świeżym powietrzu rybki łowi.W domu wyjaśniła się sprawa 3 rybek,okazało się że moi rodzice przyjeżdżają w odwiedziny a tato wręcz przepada za rybami.To dlatego żona telefonowała.