DSC04411.JPGWędkarstwo to hobby w którym człowiek często wraca tam gdzie złapał  ciekawe ryby, w miejsca które z opowieści są pełne ryb. Tam gdzie świetnie spędził czas. Każdy stara się utrzymywać jak najlepsze relacje z ludźmi z którymi na wypadach jest ciekawie i wesoło.

Tak było i tym razem.

Nasz ostatni wypad na Śląsk okazał się strzałem w dziesiątkę i wszyscy chcieliśmy to powtórzyć. Dwa razy nie trzeba było mówić. Kilka telefonów, konkretny termin, konkretni ludzie i jesteśmy  już jedną nogą na Odrą.

Ostatni raz byliśmy nad Odrą w okresie letnim. Wyniki były świetne, atmosfera super. Już wtedy  w drodze powrotnej rozmawialiśmy o powrocie w okresie jesiennym. Po tym co przeżyliśmy tam latem jesień bardzo działała na wyobraźnie. Każdy mówił jakie to potwory muszą tam brać kiedy temperatura spadnie i pojawią się przymrozki.

Początek zabawy ustaliliśmy na 18.10.2012, a koniec na 21.10.2012.

Skład cały czas się zmieniał, wiadomo każdy ma swoje obowiązki, prace, rodzinę, brak urlopu itd.

Stanęło na składzie : Marcin ( Donkocur ), Jarek ( Minus ), Piotrek ( Paszczak ), Mariusz (Tirith27 ), Andrzej ( Borovik ) i Ja ( Baloonstyle ). Za sterami bolidów: Kocur z Minusem, z opcją zamiany w chwilach słabości.

Czwartek godzina 19:00 Kocur zaczyna zbieranie ekipy z jednego auta. U mnie melduje się o 20:00. Uśmiechy jakimi mnie witają Kocur z Andym  utwierdzają mnie tylko w przekonaniu że skład jest dobrany idealnie i rybki będą tylko dodatkiem do  tej wyprawy. Szybko ładuję bambetle do auta i lecimy w umówione miejsce żeby dołączyli do Nas chłopacy z drugiego auta.

Na pierwszym zjeździe z autostrady umawiamy się z ekipą od Jarka. Chwilka postoju, niepewności … i pojawiają się. Ponownie witają Nas uśmiechy. Będzie grubo. Robimy małe przetasowanie w składach aut, celem umilenia Jarkowi jazdy 🙂

Droga długa i kręta. Trasa inna niż ostatnim razem. Pierwszy postój na stacji i od razu musiałem coś odstawić. Po zakupie Hot-dog ‘a normalnym jest skonsumowanie go. Jednak ja ubrany wyjściowo, zamiast zjeść go jak człowiek to zaliczam musztardowego kleksa na bluzie. Heh jak nie zaliczę gleby to coś innego zawsze odstawię.

Połowa trasy mija pod znakiem dowcipów, opowieści, śmiesznych anegdotek, ogólne odprężenie. Nie dane mi było wytrwać całej trasy; zainstalowałem się w śpiwór na tylnym siedzeniu i spałem jak niedźwiedź. Z tego co wiem to u Jarka euforia i pogaduchy też nie trwały zbyt długo. Andy z Paszczakiem też walnęli komara dość szybko.

Koło godziny 1:00 meldujemy się na miejscu. Cała ekipa na lekkim śnie wyskakuje z auta. Wyciąganie, przeciąganie, poranna gimnastyka. Pojawia się Janusz 🙂  Cała masa gorących uścisków, dużo ciepłych słów,  wzajemna wymiana uprzejmości.

Rozkładamy się  w przygotowanych pokojach i od razu obmyślamy plan:

– Jak robimy ? Idziemy spać ?

– Ja tylko coś zjem i lecę nad wodę ( Baloon )

– Gdzie ty lecisz, ciemno zimno, kładź się do wyra i ruszymy o świcie ( Janusz )

– Ja idę z Tobą – dodał Paszczak

Taka  konwersacja trwała  grubo ponad 15 minut, w końcu Janusz wytłumaczył nam że nie ma sensu iść z marszu,  lepiej wyspać się i intensywnie ruszyć o świcie.  Jak ustaliliśmy, tak też zrobiliśmy. Czas początku misji wypadł  na 5:00 rano.

Godzina zero. Budziki wariują. Wszyscy wyskakują z wyr jak poparzeni tylko Mariusz się ociąga. W kuchni słychać Janusza jak kładzie coś na stół. W trakcie ubierania się :

– Czujesz to kocur ?

– No , ale coś ładnie pachnie

– Czyżby Janusz jakąś michę przygotował ?

– Wszystko na to wskazuje.

– Mariusz podnoś dupsko bo micha jest gotowa.

– O jak jest micha to bardzo chętnie  hehe…

Jako pierwszy wchodzę do kuchni. Janusz wita nas szczerym uśmiechem. Na stole bigosik, kiełbaski, herbatka itd. Nic tylko jeść i lecieć nad wodę. Po chwili wchodzi Paszczak z Andrzejem którzy spali w pokoju obok.

– Co tam chłopaki ? Jak się spało ?

– Spało się dobrze, ale wstawało tragicznie.

– Andrzej a jak ty się czujesz ?

– Głodny heheheh….

Każdemu śniadanko dobrze zrobiło. Widać było po twarzach, że chłopaki złapali wiatr w żagle i teraz nikt nie będzie się ociągał żeby ruszyć na cały dzień nad wodę.

Po posiłku zaczynamy przygotowania do wyprawy. Każdy ubiera się na cebulę, bierze tylko to co potrzebne nad wodą. Montujemy się w dwa auta i ruszamy. Zaczynamy tam gdzie skończyliśmy pierwszym razem jak tu byliśmy. Czyli pod jazem w mieście. Jarek z Kocurem dowożą Nas na miejsce i start 🙂

Tylko wysiadłem z auta i od razu wystartowałem jak szalony w kierunku wody. Oglądam się za siebie, nikogo nie ma. Chłopaki pewnie montują zestawy przy autach. Pełen ciśnienia lecę nad jaz.

Staję na brzegu, spoglądam na wodę i myślę : „ Tu padnie komuś życiówka”!

Jaz pięknie mieli wodę  tworząc na jej powierzchni piane, która pięknie rozchodzi się po rzece.

Każdy przyjechał z nastawieniem na inną rybkę, z innym sprzętem i przynętami. Mariusz po brzanę, Minus sandałka, Kocur suma, Andrzej, Paszczak i Ja z nastawieniem  „to co będzie gryzło będziemy łapać”.

Pierwsze rzuty dedykowałem sandaczom, zanim chłopaki przyszli, wykonałem ich kilka. Miałem dziwne wrażenie że tego dnia z opadu nic nie dostane. Nie wiem skąd takie przemyślenie, ale coś mi mówiło żebym poszukał bolków.

W końcu pojawia się cała wataha. Każdy zadowolony, uśmiechnięty. Już na starcie mają niezły ubaw ze mnie, że nie wytrzymałem ciśnienia i poleciałem jak szalony nad wodę. Jak to Andy mówi: ”Ty masz wędkarskie ADHD”.

Rozstawiają się. Wchodzę troszkę wyżej żeby zrobić im zdjęcia. Patrząc w obiektyw wracają wspomnienia ostatniej wyprawy. Wszystko wygląda tak samo, nawet rozstawienie na brzegu chłopaków. Będzie pięknie 🙂

Zaczyna się intensywne czesanie wody. Wychodzą pierwsze malutkie sandaczyki. Nie ma szału, jednak ważne że coś się dzieje.

Wpatrzony w wodę, skoncentrowany na łapaniu słyszę:

– Baloon coś mam …

– Co ?

– Nie wiem strasznie tępo idzie.

– A na co łapałeś??

– Na wobka.

– To może brzanka siadła?

– Chciałbym hehe…

Wędka pięknie ugięta, ciągłe szarpanie. Pozycja i mina Paszczaka jak podczas holu suma na Naszej ostatniej wyprawie. Rogal na twarzy. Po krótkim czasie pojawia się na powierzchni.

– No to pięknie zacząłeś.

– Co to, brzana ?

– Nie, całkiem spory leszcz.

– Bez jaj…

Niezły zbój z tego leszcza. Podczas podbierania dwa razy mnie ochlapał i zrobił jeden odjazd. Nie wyszedł bez walki 🙂

DSC04360.JPG

Paszczak zadowolony. Fakt, to nie brzana, ale rybka stawiała spory opór więc była zabawa. Szybkie zdjęcie i wracamy do wędkowania.

– Dobrze się zaczęło.

– No jasne takie leszcze mogą cały czas brać!!

– Hehe no mogą 🙂

W tym samym momencie słyszę hamulec kołowrotka. Zerkam w prawo i opada mi szczęka. Mariusz stoi jak zabetonowany, kij wariuje, a hamulec w kołowrotku pięknie dźwięczy.

– Co jest Mariusz ?

– Nie wiem Balon, ale coś  dupneło i teraz chce mi uciec.

– Spokojnie daj się wyszaleć potworowi!

– No staram się, ale rybka robi co chce, nie można nad nią zapanować.

Wszyscy okrążyli Mariusza, ale nie widać jeszcze co to za zbój daje tyle emocji i frajdy Mariuszowi.

– O jest !!

– Już jest wir, zaraz ją zobaczymy….

– Po co to mówiłeś… Zrobiła kolejny odjazd 🙂

Myślę, że każdy wędkarz stojący obok dał by dużo żeby  potrzymać w tym momencie wędkę Mariusza z tak rozszalałą rybą. To jest właśnie to co w wędkarstwie działa najbardziej na fantazje. To dla tego jeździ się setki razy nad wodę. Właśnie po to żeby przeżyć jeden taki hol. To jest to 🙂

W końcu wyłania się piękna brzana. Pojawia się… i kolejny odjazd 🙂

– No Mariusz na ćwiczysz się troszkę z nią.

– Po nią tu przyjechałem. Celem wyprawy była brzana, może nie taka duża ale brzana.

– No to chyba masz dziś dzień konia..

– No tak; nie spodziewałem się jej na samym początku zabawy 🙂

– Heheh to co jak wyjdzie to idziemy do baru 🙂

Po długiej walce, kilku porządnych odjazdach rybka daje się podebrać. Piękna bestia. Szybkie mierzenie i już wiemy że brzana ma 73 cm. Nieźle jak na pierwsza brzanę w życiu. Nawet Janusz ,dla którego takie rybki są normalką, klepnął Mariusza i mówi :

– Ładną bestie wyhaczyłeś 🙂

Wyjątkowo długa sesja zdjęciowa. Każdy własnym aparatem utrwalał Mariusza ze swoją życiówką. Po zdjęciach najważniejsza część obrzędu czyli zwracanie wolności. Rybka spokojnie powoli zaczyna ruszać płetwami i powolutku z gracją oddaliła się w otchłań rzeki.

DSC03712.JPG

Mariusz zbiera od każdego gratulacje. Dużo uśmiechów, miłych komentarzy. To jest to co w wędkarstwie lubię najbardziej. Woda, rybki, super ludzie, szczere uśmiechy.

Nie tylko u Mariusza w oczach było widać ta iskrę , ale u każdego z Nas. Każdy pewnie w myślach holował ta rybę, każdemu robiła odjazdy. Ale w rękach miał kija tylko Mariusz J

Sam w sobie czułem dużo emocji. Może dlatego że sam podbierałem tą rybę i czułem jej moc w rękach. Piękna ryba. Nic tylko gratulować Mariuszowi i  życzyć każdemu takiej bestii.

Wracamy na swoje stanowiska i zaczynamy ponownie czesać wodę. Trzeci rzut, czwarty, piąty i jest decha.

– Baloon co tak Ciebie wykręciło.

– Mam duża rybę!

– Faktycznie kij wariuje.

– Luźna torba , będzie moja 🙂

Kijek bardzo mocno wygięty, lekkie odjazdy. Walka zaczyna się na dobre.

Klasycznie już zbiera się kółeczko na około i każdy zaciekawiony patrzy w wodę aż pokaże się potwór.

– No stary to nie brzana.

– A co to jest ?

– Kolejny leszcz, ale chyba większy od Paszczaka.

– Co Ty gadasz?!

– No bez jaj!

Faktycznie Paszczak podbiera mi pięknego leszcza. Szybkie mierzenie, sesja zdjęciowa i rybka pływa dalej. Leszczyński miał 57 cm; życiówka!

DSC03715.JPG

Pięknie, pierwszy dzień a Ja zaczynam od życiówki, Mariusz też życiówka. Lepszego początku nie można było sobie wymarzyć.

Wracam do czesania wody za bolkami. Wobek do wody i ekspresowe ściąganie. Dobrze nie ochłonąłem po leszczu, a tu już mam kolejną dechę. Szybko ściągany zestaw i nagle system stop, ani kołowrotkiem, ani kijem. Piękne branie. Klasyczne boleniowe podczas szybkiego prowadzenia.

Walka nie była tak piękna jak z leszczem, ale ryba równie piękna. Ponownie szybkie mierzenie, kilka zdjęć i rybka hyc do wody. Bolek miał 55 cm.

DSC03707.JPG

Chłopaki wracają do wędkowania, Ja próbuję ochłonąć z nadmiaru emocji na brzegu. Rozglądam się po wodzie i zaczynam knuć kolejny chytry plan.

– Kocur idziemy na drugi jaz ?

– No możemy .

– To dawaj bo czuje, że wyjdą jeszcze rybki tylko trzeba troszkę za nimi pochodzić.

– Spoko to dawaj idziemy 🙂

Szybki przelocik na jaz obok. Kilka rzutów za sandałkiem, jedno branko:

– Kocur co tam holujesz?

– Jakiegoś gluta.

– Branie było konkretne?

– Nie, bardzo delikatne.

Wychodzi mały sandacz , maks. 35 cm. Fik do wody i dalej obławiamy jaz. Sporo rzutów, mało brań.

– Kocur idę w stronę mostu kolejowego…

– Ok , wezmę chłopaków i podjedziemy tam autem.

– Na luzie, ja będę szedł tam z laczka.

No i traper Baloon ruszył w poszukiwaniu ciekawych miejsc. Tu rzuciłem, tam rzuciłem jednak bez efektu. Idąc w stronę mostu napotykam przeszkodę. Mały kanalik, w zasięgu skoku. Ale po co skakać skoro mogę przejść w końcu mam wodery. Kroczek na środek kanału, lekko zassało. „ Dam rade na luzie”. Odbijam się druga noga no i chlup mamy zalanie. Chyba zassało bardziej niż mi się wydawało.

Można było przeskoczyć i chodzić na sucho do końca dnia, ale trzeba było udowodnić sobie że jest się kozakiem i zalać sobie do połowy wodera. Dobrze, że należę do tych co wyciągają wnioski i następnym razem będę skakał albo szedł na około…

W drodze do mostu dostaje info od chłopaków, że też już jadą i zaraz się spotkamy na miejscu. Mijam sporo wędkarzy, z każdym wymieniam kilka słów. Wszyscy bez kontaktu z rybą. Hmmm coś jest chyba nie tak na tym odcinku.

Spotykam chłopaków.

– Co tam Baloon?

– Morko…

– A co się stało ?

– Chciałem przeskoczyć i wpadłem w rów…

– Hahaha Ty zawsze gdzieś wpadniesz albo wytniesz orła!

– W sumie tak, każdy wypad musi być klepnięty glebą.

– Masz jakieś ciuchy na przebranie?

– No co Ty!  Teraz zroszony do wieczora muszę się bujać.

Pośmieli się wszyscy.

– Co robimy ?

– Rozchodzimy się i obławiamy.

– Kocur a Ty gdzie idziesz ?

– W okolice mostu.

– To idę z Tobą.

Droga krótka. Kocur zaczyna obławiać okolice mostu. Coś mu skubie, ale nie chce mocniej uderzyć. Nagle na wodzie komin.

– Co to było?

– Bolek pewnie.

– Rzucaj Baloon!

– Eeee zjem , napiję się herbatki to pomyśle.

Boom, kolejny komin w tym samym miejscu.

– Hmm tego już za wiele, herbatka poczeka.

Pierwszy rzut, szybkie przeciągnięcie zestawu po miejscu ataku, nic. Drugi rzut, odpalam szybko wobka , kręcę ,kręcę. Stop, decha.

– Ale mi przywalił.

– No co ty gadasz?

– Patrz na kija co się dzieje!!

– Chyba będzie większy?!!

Potężna siła, początkowo nic nie mogę zrobić. Trzymam tępo kij i tylko patrzę jak rybka jeździ. Dwa porządne odjazdy, rybka słabnie. Delikatnie podciągam ją do siebie.

– Baloon, ale rybsko trafiłeś!

– Ty namierzyłeś, ja trafiłem hehe!!

Po chwili pojawia się na wodzie piękny boleń. Super błyszczący grubasek. Kocur podbiera mi go zgrabnie.

– No to teraz dałem czadu!!!

– Hehehe ktoś musiał jak Wy nie łapiecie hehe!

Szybkie mierzenie, długa sesja zdjęciowa. I tak jak myślałem to mój życiowy boleń. Miara pokazuje 64 cm szczęścia. Ładny , grubiutki , waleczny dzikus J Rybka oczywiście trafia do wody.

– Brawo chłopie!!!

– Dzięki, pięknie walczył!

DSC04377.JPG

Po raz kolejny musiałem ochłonąć z emocji. Dużo jak na jeden dzień. Dwie życiówki w tak krótkim czasie. Myślę sobie „może starczy już na dziś,  co ja jeszcze chciałbym tu złapać”. Posiedziałem troszkę na brzegu i dopingowałem chłopaków żeby zaczęli w końcu łapać.

Paszczak z Mariuszem wpadli na pomysł żeby bujnąć się do połączenia z kanałem Gliwickim. Hmm czemu nie idziemy. Ważne żeby nie było żadnych rowów.

Po drodze mijamy sporo wędkarzy. Wszyscy łapią z gruntu. Dziwne, że nie napotkałem żadnego spinningisty.

– Dzień dobry!

– Dzień dobry !

I ruszmy dalej. Dochodzimy do ustalonego miejsca.

– O co tu chodzi?

– O co ?

– Ludzie tu łapią tylko z gruntu.

– Też nie wiem o co tu chodzi?!?

– Zobaczcie wszędzie masa wędkarzy i każdy z feederami tylko!

– Może tak tu się łapie poważne ryby!

Samo miejsce połączenia Odry z Kanałem Gliwickim dość ciekawe. Widać że rybki są bo bolek szalał na wodzie i przy brzegu stała drobnica. Boleń po za zasięgiem rzutu, niestety.

Dostaję telefon. Dzwoni kolega z Zabrza z którym nigdy się nie spotkałem. Poznałem się z nim na portalu wędkarskim i pomagałem w doborze sprzętu na dorsza, a że przez Internet ciężko nieraz wszystko wytłumaczyć to wymieniliśmy się numerami.

– Cześć Bartek!

– Siemka Mirku , co tam słychać ?

– Gdzie Ty teraz jesteś ?

– Ja na Odrze w Kędzierzynie.

– No to kochany 10 minut temu przechodziłeś koło mnie!

– Co Ty gadasz ? To Ty siedziałeś z tymi feederami??

– No, dawaj tu do mnie!!

Ale jaja. Nigdy gościa nie widziałem, miał przyjechać nad morze i mieliśmy płynąć razem na dorsza a tu zobacz. Świat jest bardzo mały. Szok !!!

Podchodzę do Mirka. Pełne zdziwienie. Dużo ciepłych słów, planów itp. Wszyscy są lekko zdziwieni że nie widziałem człowieka nigdy i nagle wpadłem na niego na drugim końcu Polski. Z przebiegu rozmowy wynika, że to spotkanie doszło dzięki Andrzejowi bo to On podszedł do Mirka i jakoś tak wyszło że zeszli na mój temat. Super sprawa 🙂

Wiadomo podczas spotkania od razu poszła lekka integracja w postaci lampki procentowego trunku.

– Nic Mirku , było bardzo miło Ciebie spotkać, ale czas już na Nas !

– Oj tam posiedźcie do wieczora, pogadamy , sam wiesz…!

– Mirku ja tu jestem gościem i umówiłem się z Januszem, że na obiad zaraz zjedziemy. Jak czas da to będę dzwonił i podejdę!

– Dobra leć na obiad i na ryby , w końcu przez całą Polskę pedałowałeś tu 🙂

– Pozdrawiam serdecznie i jesteśmy na łączach 🙂

Pożegnanie i uśmiechami na ustach i lecimy na obiadek. Po zameldowaniu się u Janusza okazuje się że jeszcze troszkę czasu zostało do posiłku i jednogłośnie podejmujemy decyzję o piwku w barze zaraz obok.

Wiadomo jak to jest jak: wędkarze siadają do piwa. Zaczyna się wyciąganie wniosków, opracowanie taktyki na kolejne godziny łapania, opowieści , wrażenia z holowanych ryb, dużo dowcipów  itp.

Ogólnie wędkarstwo w pigułce 🙂

DSC04382.JPG

Wracamy na obiadek. Już w przedpokoju dochodzą Nas piękne zapachy z kuchni. To co Janusz  przygotował przeszło Nasze najśmielsze oczekiwania. Obiadek jak u babuni. Dwa  dania, super popitka. Jedzonko ekstraklasa. Janusz ze skromnością skwitował to :

– Tak na szybko coś wam chciałem przygotować!

Szczęki nam poopadały, bo jedzonko było super. Ciężko sobie wyobrazić co Janusz by przygotował gdyby miał dużo czasu i jak to powiedział, „nie musiał by na szybko przygotowywać”. Mniam !!!

Po obiadku zacięcie do wędkarstwa lekko opadło. Każdy był najedzony, opity i myślał tylko o spaniu. Plan jaki właśnie powstawał odbiegał od mojego obranego wcześniej.

– Chłopaki jak idziecie w kime , to ja lecę nad wodę!

– Gdzie Ty sam pójdziesz ?

– Nad jaz polecę.

– Ja też idę z Tobą ( odezwał się Paszczak )

– No to i ja się podłączę ( dodał kocur )

Tym sposobem ruszyliśmy wszyscy. Trwało to troszkę czasu bo ciężko było się pozbierać po takim posiłku ale się udało 🙂

Lądujemy nad wodą. Klasycznie część chłopaków zostaje na jazie . Ja ruszam na miejscówkę Mariusza. Znalazł super rynienkę z której wychodziły małe sandacze. Sam też idzie tam łapać z nadzieją że pod wieczór pojawią się duże smoki.

Zachodzimy na miejscówkę i szczeka w dół, bolek gania jak szalony. Zacieram rączki i zabieram się za łapanie. Dobrze nie odpaliłem zestawu, a tu Mariusz już ma kolejnego sandałka.

– Hmm szkoda że takie małe biorą.

– Spokojnie baloon, wierze w tą miejscówkę , wieczorem się zacznie 🙂

Słonko zaczyna zachodzić. Rybka chodzi przy powierzchni, ale nic nie chce dziabnąć wobka. Mariusz uskutecznia sandały. Kolejny rzut bez wiary i siedzi. Komin wodny na powierzchni i zaczyna się walka 🙂

– Baloon znowu bolka masz.

– No chyba tak.

– Ale zdrowo chodzi.

– No dawaj podbierzesz mi go.

DSC04385.JPG

Mariusz podbiera kolejnego bolka. Tym razem 57 cm szczęścia. Szybkie zdjęcia i łobuz wraca do wody.

– Wstrzeliłeś się z tymi boleniami.

– Miałem czuja hehehe.

Szybki telefon do Paszczaka co tam u reszty się dzieje. Okazuje się że słabo i kierują się do Nas.

W kolejnych siedmiu rzutach zaliczam dwa brania i spadki bolenia.

Pojawia się Paszczak z Andym. Chłopaki z nastawieniem na sandacza. Od pierwszych rzutów zaliczają sporo brań i pojawiają się małe smoki. Ja nadal próbują złapać bolenia, i udaje się 🙂

DSC03717.JPG

Tym razem bolek bardzo widowiskowo uderzył w woblera, było na co popatrzeć. Od początku czuję że jest większy od poprzednika. Kij pięknie wygięty, hamulec pogrywa. Z wielkim uśmiechem na ustach holuje zbója J Paszczak go podbiera. Tym razem zbój ma 63 cm i jest niezłym grubaskiem. Szybkie foto i do wody.

– No to dzisiaj dałeś z tymi boleniami! ( Janusz )

– Wszyscy tylko stukają o dno, to inaczej chciałem i się udało!

Wszyscy rozsiadają się wzdłuż rynny i stukają. Cały czas wychodzą pojedyncze małe smoki,  ale nic konkretnego. Nadal nie odpuszczam i próbuje dostać jeszcze jednego bolka.

Chlup, trzask, prask!!! Mega branie na wobka. Rybka zrywa mi zestaw i po zabawie. Ale branie było!! Nie dość że bardzo widowiskowe, to do tego bardzo mocne.

– Ale ci uderzył!

– No pięknie wyszedł!

– No i twojego pewniaka zabrał!

– No to fakt. Nie chce mi się już wiązać po ciemku. Jutro wrócę do bolka a teraz też popukam o dno.

– No jasne , siadaj i na spokoju stukaj 🙂

Jak powiedziałem tak też zrobiłem. Usiadłem koło reszty i szukałem sandałka. Pełna sielanka. Wszyscy ze sobą rozmawiają i łowią rybki. Z boku pewnie wyglądało to jak zawody spławikowe, takie natężenie wędkarzy w jednym miejscu. Fajnie było tak siedzieć w takim towarzystwie.

Noc w pełni, ciemno, zimno, czuć wilgoć na odzieży.

– Chłopaki kończymy ?

– No co Ty Janusz My nigdy nie skończymy!!

– To zróbmy tak, idziemy na ognisko koło jazu, rozpalimy, zjemy , posiedzimy, pojemy i do domu a rano wracamy!!

– Hmm nie głupie, też bym coś zjadł!

– Ta kiełbaska by pasowała na zakończenie dnia!

No i ruszyliśmy zrobić ognisko. Wiadomo jak to wyglądało. Część robiła ogień, cześć łapała. Przy ogniu, piwko, kiełbaska no i to co lubię najbardziej …opowieści. Każdy wyciągał jakieś historię z nad wody, ale Paszczaka były najlepsze. Ponieważ Paszczak opowiadał same kawały. Jak zaczął, to skończył dopiero jak ogień przygasł. Zasypał Nas dowcipami, co się naśmialiśmy to Nasze.

DSC04390.JPG

Wracamy na bazę. Każdy zmęczony, ale dobrze wie że jutro z rana atakujemy.

Dzień można zaliczyć do bardzo udanych. Wyszły leszcze, piękna brzana, bolki, sandałki ( małe bo małe, ale wyszły ) sporo brań. Dobrze to prognozowało przed kolejnym dniem. Ekipa naprawdę dobrze dobrana, każdy coś wnosił z grupy. Morale rosły przed kolejnym dniem. Powieki w dół i do następnego…

Odzywają się budziki. Piąta rano. Czas wstawać i ruszać nad wodę.

Wyczuwam dziwna martwice w pokoju, rozglądam się…. nikt nie reaguje na budziki.

„Co jest grane z chłopakami, nie chcą łapać ryb ?”

Przez moment sam zaliczam chwilę słabości i moja głowa kieruje się na poduszkę. Czułem po sobie, że można by jeszcze troszkę poleżeć i zregenerować siły, jednak druga część mnie nie przyjmowała takiego biegu zdarzeń. Nagle w pokoju pojawia się Janusz i z przytupem mówi :

– A Wy co? nie wstajecie ?

Nie chcąc pokazywać oznak zmęczenia, energicznie się podnoszę:

– Janusz jak nie, wstajemy trzeba łapać ryby!!!

– No, już myślałem, że coś się Wam pozmieniało.

– Janusz nam?????!

Janusz podtrzymując codzienny rytuał, po raz kolejny przygotował super śniadanko stawiające wszystkich do pionu. Rumieńce na policzkach, oblizywanie ust, klepanie po brzuchu… to znaczy że prawdziwi faceci dobrze pojedli i są gotowi do zadań specjalnych.

Szybkie przygotowanie sprzętu, ciuchów i ruszamy. Dziś widać że  każdy nastawiony na dużą rybę. Osobiście podszedłem do tego dnia zupełnie rozkojarzony;  bardziej z nastawieniem poznania nowych miejsc, niż łapania ryb. Jednak cel wyprawy zrealizowałem dzień wcześniej, więc teraz już nie czułem  takiej adrenaliny.

Pierwsza miejscówka to klasycznie już -jaz. Tam zapada decyzja, że dzisiejszy dzień to prace w grupach.

DSC04361.JPG

Paszczak z Minusem lecą na most kolejowy, Janusz z Kocurem stary jaz, a cała reszta idzie do rynny znalezionej przez Mariusza.

Plan w sumie prosty, tam gdzie coś będzie się działo  przenosimy się całą grupą.

Stajemy nad rynną. Siadam sobie koło Andrzeja. Zamiast łapać to tylko mu przeszkadzam. Cały czas gadam , pytam, śmieje się. Ale skoro Andy mnie nie pogonił to chyba tak źle nie było 🙂

Mariusz systematycznie walczy z sandałkami, jednak wielkością nie powalają.

– Tu chyba dużego smoka nie dostaniesz.

– Spokojnie wierze w ta miejscówkę.

– dawaj idziemy gdzieś dalej poszukać jakiś miejsc.

– Nie, siedź tu spokojnie i daj szanse tej rynience.

– Ok. ale tylko do dziesiątej, potem podkręcę temat żeby Janusz w jakieś nowe miejsce Nas zabrał.

– Jak chcesz Ja tu zostaje 🙂

Jak powiedziałem tak zrobiłem. Połapałem troszkę małych sandaczy razem z Andym i Mariuszem. Jednak większość czasu im przeszkadzałem. Cały czas się kręciłem, rozpoczynałem rozmowy, opowiadałem kawały. Czułem się jakiś rozkojarzony, nie mogłem skupić się na wędkowaniu.

W miedzy czasie pojawia się Janusz z kocurem z słaba informacją:

– Nic się nie dzieje na jazie!

– U Nas tylko małe gluty wychodzą.

– To co robimy?

– Myślę że trzeba gdzieś ruszyć.

– Też tak myślę .

W tej chwili Janusz poczuł na sobie wzrok całej paczki;

– No to może chłopaki odcinek Odry z główkami?!

– O główki, to jak na Naszej Wiśle!

Pomysł od razu mi się spodobał.

– Mi tez główki odpowiadają – odparł Minus zza pleców.

– A wy co już wróciliście?

– Tak pod kolejowym też nic się nie działo i masa zaczepów.

– To co robimy ?

– Lecimy na główki!!

Mariusz z Andym zostają. Cała reszta do aut i zmiana miejsca. Szczerze powiem że nie wiem gdzie jechaliśmy. Przecięliśmy kilka miejscowości , wjechaliśmy w las i pojawiła się Odra.

Ten odcinek wyglądał naprawdę pięknie. Obydwa brzegi porośnięte drzewami, główki mniejsze niż na Pomorskim odcinku Wisły i wszystkie porośnięte trawą i krzakami. Zupełnie po roślinności nie było widać jesieni, wszystko w kolorach bujnej zieleni. Ciepły dzień, bezchmurne niebo, świergoczące ptaki wszystko sprawiało wrażenie wiosny, a nie jesieni. Pięknie było 🙂

– Gdzie teraz Janusz ?

– No właśnie tak myślę. Może od drugiego brzegu sobie zaczniemy  ?

– Janusz to Ty tu jesteś szeryfem 🙂

DSC04396.JPG

Drugi brzeg oznaczał przeprawę promową. Jednak nie był to normalny prom ( przynajmniej dla mnie), to znaczy: kładka z silnikiem która przepływa z brzegu na brzeg. W to co zobaczyłem to nie uwierzyłem. Na kładkę wjechał samochód i weszło kilkanaście osób plus My. Panowie z obsługi zablokowali szlabanem wyjście. Na lewej stronie promu wisiała naprężona lina. Nagle do tej liny podeszło dwóch panów z obsługi, w rękach mieli drewniane trzonki z małym wycięciem.  No i dawaj !!!  Zaczęli chodzić od początku promu do końca, przeciągając linę. Prom powolutku przemieszczał się w kierunku drugiego brzegu. Panowie zapraszali do pomocy każdego kto chciał. Kocur nie omieszkał spróbować. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Myślę że Pudzian śmiało mógł by tam sobie poćwiczyć 🙂

DSC04549.JPG

Krótki spacer lasem i rozchodzimy się po główkach. Każdy cumuje na jednej i zaczynamy biczowanko. Na przeciwnym brzegu obserwuje jak wariuje boleń. Już mnie nosi żeby tam ruszyć, ale samemu jakoś brak mi chęci i jak sobie pomyślę że mam dymać trzonkiem na promie to mi się odechciewa. Siadam sobie na szczycie, odkładam wędkę  i zaczynam się rozglądać jak z wynikami u reszty. Obserwuje jak Minus holuje małego sandaczyka. Coś te małe sandaczy zaczynają Nas prześladować. Rozkładam się na główce i zaczynam przysypiać. Słoneczko idealnie grzeje i kusi krótka drzemka. Jednak tego dnia drzemka nie była mi dana. Tak szybko jak przysypiałem tak szybko musiałem uciekać z główki gdyż korytem płynęła wielka barka i zmusiła mnie do ewakuacji. To był świetny moment żeby kogoś zwerbować do przeniesienia się  na przeciwny brzeg. Schodzę  z główki w las i jest…

– Co tam Paszczak ?

– Słabo, bez kontaktu.

– Ale miejsce bajka co ?

– Miejsce kozackie.

– Idziemy na przeciwny brzeg ?

– No pewnie, rybek trzeba szukać 🙂

– I to mi się podoba hehe.

Spacerek lasem i oczywiście jak to Ja prawie wybiłem sobie zęby o wystający korzeń. Czym jest wypad bez porządnej gleby.

– Ty cos zawsze musisz Baloon odstawić nad wodą!

– Taki urok.

– Ale za każdym razem :)?!?

Pojawiamy się koło promu i kibicujemy chłopakom którzy przeciągają linę w Naszym kierunku.

– Hehe ci to styrani po pracy wracają.

– Ta i wieczne zakwasy mają. Ciekawe ile im płacą ?

– Społecznie pewnie pracują.

– Dziękuję za taką pracę społeczną.

Wsiadamy na prom i heja na druga stronę. Po zejściu od razu kierujemy się na pierwsza główkę. W połowie główki była kładka więc nie zastanawiając się zapytałem ;

– Paszczak tu powalczymy ?

– Ta możemy.

– To ja sobie klapnę na kładce a Ty na szczycie.

– Spoko tylko nie zasypiaj bo wpadniesz jeszcze do wody znając Twoje szczęście.

– Spoko na luzie Ty się nie martw…

Nie wykonałem nawet rzutu i zasnąłem. Cudnie się drzemało, słonko pięknie grzało, delikatny wiaterek tylko pogłębiał sen.

– Wstawaj.

– Co  jest ?

– Wstawaj idziemy dalej.

– Czemu ?

– Pozwiedzamy kolejne główki.

– Paszczak tak dobrze mi się drzemało, Ja zostaje.

– Nie ,idziesz! Samemu tu nie zostaniesz bo się skąpiesz.

– Dobra idę, to trochę się odmulę.

Kolejne główki jednak okazały się puste, bądź my tak pokracznie je obławialiśmy, że nic nam nie wychodziło. Z drugiej strony Minus krzyczy że idą do Nas bo tylko małe sandałki biorą.

– Paszczak, Oni to są dobrzy  co ?

– Ta, kręcą nosem że im gluty biorą, a My bez brania.

– Heheh teraz doznają tego co My.

Przenosiny chłopaków z naprzeciwka były bardziej turystyczne niż wędkarskie. Popatrzyli, poprzeszkadzali i o powrocie na obiad zadecydowali.

DSC04395.JPG

Ruszyliśmy po chłopaków którzy zostali przy rynnie w okolicach jazu i na obiadek. W samochodzie wyczuwa się głód ryb, holi, akcji. Każdy mówi o tym co by chciał złapać, co musi zmienić itp. Dobrze że morale nie opadają tylko jest trzeźwe myślenie i wyciąganie wniosków które może prowadzić do sukcesu.

Zbieramy chłopaków z jazu i do Janusza. Oczywiście dla podtrzymania tradycji po raz kolejny przed obiadkiem instalujemy się w kuflotece celem zweryfikowania zamiarów, wyników, wniosków kończąc na niekraczącym się wachlarzu dowcipów Paszczaka.

Obiad u Janasza po raz kolejny zbija Nas z tropu. Nikt nie mówi już o szybkim powrocie nad wodę. Każdy ma zamglone, lekko zamykające się oczy. Ewidentnie wyczuwa się pragnienie snu. Jednak sam Janusz podkręca lekko sytuację:

– To co chłopaki nad wodę?

– Tak tak oczywiście.

– Dacie rade?

– No właśnie nie wiemy…

– To co, kładziemy się na godzinkę lub dwie i dopiero ruszymy ?

– Nie no gdzie. Jak spać, to nad wodą.

– No dobra ,to faktycznie zwijamy się i do wieczora nad wodą powalczymy.

– Ok w nocy się zdrzemniemy, teraz szkoda czasu.

– I to mi się podoba!

Oderwanie się od stołu trwało chwilkę, ale udało się. Musze pamiętać żeby u Janusza za dużo nie jeść w przyszłości bo obiady są tak dobre i syte że tracę koncepcje na cały dzień 🙂

Przygotowanie do wyjazdu strasznie się przeciągało, raz że wszyscy syci ruszali się jak muchy w smole, dwa, to cała masa rzeczy tak żeby w nocy było ciepło.

– Gdzie jedziemy ?

– Na jaz na lenia połapać w tej rynnie

– w sumie jestem taki pełny że nie chce mi się chodzić.

Nikt nie zgłaszał sprzeciwu więc widać wszyscy dobrze pojedli i nie mieli ochoty na spacery brzegami. Pakujemy graty i ogień w kierunku jazu. Lądujemy  na miejscu i jak żółwie zaczynamy kierować się w stronę wody. Tępo zabójcze, zero ciśnienia, syndrom turysty.

Po raz kolejny połowa zostaje przy jazie, połowa leci nad rynnę. Leci to może za mocne słowo, bardziej pasowało by stara się dotrzeć. Idę w to miejsce z lekką nadzieją że tak samo jak dzień wcześniej i tego dnia bolenie się tam pojawią i coś  uda się złapać.

Rozstawiamy się na brzegu i zaczyna się pełna sielanka. Andrzej tak cwano siada w trawie, że widać tylko kawałek czapki. Mariusz instaluje się na szczycie wysepki. Paszczak obok mnie i tak zaczynamy łapanie na lenia. Po chwili dołączają chłopaki którzy zostali pod jazie.

– Co jest ? Czemu tam nie łapiecie ?

– Stęskniliśmy się za Wami

– Tylko bez takich czułości bo zaraz zaczniemy się całować 🙂

– Luźna torba, nic z tego nie będzie 🙂

Każdy znajduje kącik dla siebie i tak w pełnej sielance zaczynamy łapać. Wszyscy obstukują dno.  Rynny starcza dla każdego, co jakiś czas wychodzi mały sandacz.

Puk, puk, puk decha. Wygina Andrzeja. Coś potężnie uderzyło. Odjazd, decha dobija mocniej i luz.

– Co jest ?

– Po rybie.

– Jak to ?

– No spadła.

– Ale lipa. Jeszcze takiej dechy nikt nie zaliczył.

– Pewnie sum.

Po wyciagnięciu zestawu Andrzej przekonuje się że to faktycznie był sum. Rybka zostawiła na plecionce dobre pięćdziesiąt centymetrów śluzu. Samo branie atomowe. Było na co popatrzeć, szkoda tylko, że rybka nie wyszła bo było by co podziwiać.

DSC04393.JPG

Od razu pomyślałem sobie to co mówił Mariusz, że ta rynienka w końcu Nas obdaruje dużą rybą.

Rozglądam się  dokoła i widzę jak wszyscy w skupieniu stukają o dno, prowadzą przynęty nad dnem z nadzieją że rybka poprawi. Skupienie jest tak duże , że nikt już się nie odzywa tylko w ciszy oddaje się wędkarstwu.

Kolejna decha tym razem Janusz. Branie tak mocne, że Janusza zgięło w połowie. Niestety tym razem sama frajda z holu jeszcze krótsza. Rybka szybko się wypina. Hmmm cwana bestia nie da się wyciągnąć.

Dobrze nie wróciłem na swoje stanowisko,  a identyczne branie zalicza Jarek. Kij mu prawie z rąk wyrwało, ale i tym razem zabawa była tylko chwilowa i rybka po raz kolejny nie dała się pojmać.

Wszystko to działo się w tak krótkim czasie że zaczynam myśleć, że to nie jedna i ta sama rybka, tylko cała gromada napłynęła na tą rynnę i zaczęła żerować.

Zbliża się noc, robi się ciemno , zimno i ponuro. Po chłopakach widać brak snu gdyż u każdego na twarzy rysuje się zmęczenie. Dla rozruszanie towarzystwa  decydujemy się na przenosiny pod jaz.

– Kocur idziesz tez pod jaz ?

– Ja bym spróbował tego drugiego.

– Ok ja mogę iść , mi to obojętne gdzie łapie.

– Spoko to idziemy.

– Czekajcie Ja zabieram się z Wami – dodaje Jarek.

Droga wiedzie przez mały las. Po ciemku spacerek nie jest miły. Na końcu najgorsze, zejście do wody po śliskich kamieniach. Oczywiście Ja klasycznie na granicy  wywrotki. W końcu pierwsze rzuty. Woda w tym miejscu bardzo mocno płynie, miesza się i także tworzy pianę, która rozchodzi się po całej szerokości rzeki. Szum pod jazem jest tak mocny że ciężko się porozumiewać. Trzeba mówić strasznie głośno żeby  zostać zrozumianym. Wniosek prosty, usiąść i w spokoju bez rozmów zająć się rybkami.

W pierwszym rzucie mam branie, ale zmęczenie i mój refleks szachisty nie pozwalają mi  w tempo zaciąć rybki. Jarek również notuje branie, jednak podobnie jak Ja,  nie zacina w tępo. Ważne, że coś się dzieje. To już połowa sukcesu. Godzina łapania daje nam tylko kilka nie zaciętych brań.

Nagle Kocur dostaje telefon. Po głosie wnioskuje że coś poważnego.

– Co tam Kocur ?

– Janusz mówi żebyśmy bardzo szybko wrócili do nich,

– A co złapali coś ?

– skoro dzwoni to penie coś dużego!

– To co spadamy ?

– No jasne trzeba zobaczyć potwora.

– Spoko to lecimy.

Szybkim tempem, można by nawet rzecz wolnym truchtem ruszamy  obejrzeć potwora. W drodze oczywiście gdybanie co mogli złapać, może sum, może brzana, na pewno coś wielkiego skoro Janusz dzwoni i prosi o szybkie podejście.

– Ciekawe kto go złapał.

– No też jestem ciekawy .

Po wejściu na wał widzimy że chłopaki siedzą przy ognisku.

– Co jest grane ?

– Chyba od razu jedzą tą rybę jak mają ognisko.

– Ale tam ktoś jeszcze siedzi. Widzicie ?

– Faktycznie to może mały kanibalizm będzie hehehehe

Podchodzimy do chłopaków i szczęka w dół. To nie rybka tylko Grzesiu wpadł Nas odwiedzić.

– Ale Nas Janusz dokręciłeś.

– Dlaczego ?

– Tak kocurowi powiedziałeś przez telefon, że my tu biegliśmy do zdjęć.

– Nie, Grzesiu wpadł na trochę, to ognisko zrobiliśmy żeby sobie posiedzieć.

– Hehehe a My  w ciemno braliśmy potężnego suma!

No i nastał czas serdecznego powitania Grzegorza. Sporo ciepłych słów, uścisków, uśmiechów. Super gość, nie mógł wpaść do Nas na ryby to chociaż wieczorkiem wpadł  na ognisko. Widać było po Nim, że chciał się spotkać z Nami. Bardzo miło z jego strony.

DSC04551.JPG

Jak to przy ognisku, nie zabrakło kiełbasek i procentów; a jak jest to wszystko,  to oczywiście zaczynają się opowieści o rybkach. Każdy doświadczył czegoś dziwnego nad wodą i zaczyna się tym dzielić. Miło się tego słucha. Większość opowieści jest bardzo humorystyczna. Ale Paszczaka nic nie przebiło. W momencie kiedy daliśmy mu dojść do głosu Paszczak odpalił arsenał dowcipów. Nawet się nie zorientowaliśmy jak uciekły nam trzy godzinki. Jednak w takim towarzystwie można było by siedzieć w nieskończoność. Oczywiście nie zabrakło pamiątkowych zdjęć.

Kolejny dzień można  uważać za zamknięty. Nie było potworów, ale rybki jakieś się pojawiały a Andrzej, Jarek i Janusz dostali spory zastrzyk emocji. Szkoda ,że nie zakończony zdjęciem z rybą ale zawsze to emocje.

Przygasiliśmy ognisko, pożegnaliśmy się z Grzesiem i do Janusza na upragniony sen.

Kolejny dzień zaczął się jeszcze bardziej anemicznie niż poprzedni. Budziki dzwonią i nikt nie reaguje. Sam miałem ochotę jeszcze pospać. Każdy wtulony w poduszkę nawet nie myśli o wstawaniu.

Janusz kreci się po kuchni  i już czuć zapach super śniadanka.

– Chłopaki żyjecie ?

– EEEEEEEEEE

– Idziemy na ryby czy odpuszczamy ?

– No idziemy, ale może jeszcze pośpimy.

– No co Ty, jak teraz się nie podniesiemy to nie ma szans na odmulenie się.

– No dobra to wstajemy.

No i przełom, zaczynamy się podnosić. Janusz otworzył drzwi do pokoju gdzie stało śniadanie i Nasze ruchy od razu stały się bardziej rześkie. Zapachy po prostu przyciągały do stołu. Wpadliśmy na śniadanie jak wygłodniałe psy. Każdy wcinał bigosik, aż mu się uszy trzęsły. Tylko po Jarku było widać że coś jest nie tak.

– Co jest Jarek ?

– słabo się czuję.

– Odpuszczasz?

– Tak, odpuszczam tym bardziej że muszę prowadzić w drodze powrotnej.

– Spoko, jak będziesz czegoś potrzebował to mów.

– Spoko.

Plan na dzisiejszy dzień był prosty. Łapiemy do jedenastej i wracamy do Trójmiasta.

Po śniadanku szybkie pakowanko i nad wodę. Wszyscy wykazywali brak sił nikomu nie chciało się aktywnie szukać ryb więc zadecydowaliśmy, że zalegniemy nad rynną i tam będziemy sobie łapać rekreacyjnie.

Nad wodą pełna sielanka. Instalujemy się w wcześniej znanym miejscu. Stanowiska gotowe po ostatniej Naszej wizycie. Rano nad wodą unosiła się mgła i wilgoć była bardzo wyczuwalna. Każdy z jednym kijem próbował coś złapać. Woda wyglądał jak tafla. Jedyne zaburzenia na powierzchni robiły Nasze zestawy i pięknie spławiające się ryby. Był taki moment, że spławów było tak wiele że tafla wody wyglądała jak podczas deszczu. Piękny widok. Dla takich chwil jeździ się na ryby.

Jak to w tym miejscu, cały czas pojawiają się małe sandacze. Brań jest dość sporo. Jestem pewny że każdy czekał na branie suma z poprzedniego dnia. Mgła opadła pokazało się słoneczko. Ideale warunki na drzemkę na powietrzu.

Osobiście broniąc się przed snem, postanowiłem że podejdę pod jaz celem rozruszania się. Poszedłem samemu.

Zaczynam biczować za bolkiem. Kilkanaście rzutów nie przynosi efektów. Każdy kolejny rzut to coraz większe rozkojarzenie i chęć pospania. Jednak rybki nie pozwoliły mi zasnąć. W kolejnym z rzutów od razu po kontakcie wobka z woda zaliczam mocne branie. Hamulec wariuje. Staram się zapanować nad rybką, podciągam ją delikatnie. Jednak rybka spada. Taki zastrzyk emocji wystarczył żeby uaktywnić u mnie moje wędkarskie ADHD. Masa kolejnych rzutów nie przynosi rezultatu.

Decyduję się na powrót do chłopaków. Wracając, zauważam że Andrzej dziwnie zaciesza na brzegu:

– Andrzej co tak zacieszasz ?

– Bo w końcu złapałem suma na spinning.

– No co Ty ? Poważnie ?

– Tak ale malutki był.

– A walczył ładnie ?

– No bardzo ładnie. Nie wyobrażam sobie co to musi być z dużym.

– Heheh to Andrzej cel w połowie osiągnięty.

DSC03723.JPG

Można powiedzieć, że tym akcentem skończyliśmy Nasz pobyt. Oczywiście wróciliśmy do Janusza, przepakowaliśmy się i trzeba było uciekać do domu. Na pożegnanie oczywiście dużo uścisków i ciepłych słów. Janusz już Nas zaprasza na kolejne wędkowanie. Na pewno tam wrócimy.

W drodze powrotnej robimy sobie pamiątkowe zdjęcie pod znakiem miejscowości gdzie byliśmy. Droga długa i kręta. Cała trasę rozmawialiśmy sobie na radiu tak żeby było raźniej i żeby kierowcy nam nie zasnęli za kółkiem. Tak po krótce wyglądał Nasz wypad. Były ryby, były emocje, było miło i wesoło. Chyba o to właśnie chodzi w takich wypadach. Grupa idealnie była dobrana, każdy wnosił coś innego. Na pewno jeszcze wrócimy do Janusza bo warto.

Osobiście chciałem serdecznie podziękować Kocurowi za zaproszenie na tak świetny wypad. Januszowi z rodziną, za tak świetne ugoszczenie.  Całej ekipie: Paszczakowi, Jarkowi, Mariuszowi, Andrzejowi i Kocurowi za super spędzony czas. Podziękowania dla Grzesia, że mimo braku czasu wpadł na chwilkę żeby się z Nami zobaczyć. Serdeczne pozdrowienia dla Mirka którego w końcu poznałem osobiście i w takich okolicznościach.

Jeszcze raz wielkie dzięki chłopaki. Pozdrawiam 🙂

DSC03722.JPG

DSC03713.JPG

DSC03709.JPG

DSC03706.JPG

DSC03704_2012-11-21.JPG

DSC04362.JPG

DSC04369.JPG

DSC04370.JPG

DSC04392.JPG

DSC04393.JPG

DSC04407.JPG
DSC04409.JPG

DSC04411.JPG

Kdzierzyn-Kole2012004.jpg
Kdzierzyn-Kole2012015.jpg

DSC04381.JPG

DSC04545.JPG