Tydzień urlopu mijał jakoś zupełnie niezauważony. Prawdopodobnie tak jak zawsze, im bardziej tęsknisz za tym miejscem, tym bardziej niepostrzeżenie czas spędzony w nim ucieka. Czas spędziłem u znajomego, który od kilkunastu lat jest właścicielem sporego stawu. Kupił go razem z gospodarstwem kilka lat przed emeryturą za jakieś  małe pieniądze. Pamiętam jak chciał go zasypać lecz po moim i znajomych naleganiach  uległ i staw został. Co jakiś czas  przywoziliśmy do niego ryby a i on sam  też go zarybiał  czerwcówką.

Ostatni dzień maja a mnie zostało 7 dni zaległego urlopu więc kadrowa  zaproponowała  mi  wolne. Pogoda ładna i pracować mi się nie bardzo chciało po majówkach . Telefon do kolegi emeryta czy  może ma  ochotę spędzić kilka dni w moim towarzystwie. Odparł że wręcz czekał na taki telefon od kogoś z nas bo nudzi mu się na  emeryturze. Piątek wieczór i melduje się z tobołami  oczywiście pierwszy wieczór  zakończył się … w sumie nie pamiętam jak się zakończył. Około 9:00 zwlokłem się z łóżka i pognałem nad staw. na pomoście rozłożyłem poda i  zestawy powędrowały do wody. Położyłem się na fotelu i beztrosko a nawet bezmyślnie wpatrywałem się  w wodę.  O właśnie nic nierobienie to jet to czego było mi potrzeba, nic nie robić nie myśleć o pracy domu żonie dzieciach wnukach. Mieć w dupie wszystko …….  ktoś kiedyś powiedział że praca uszlachetnia  ale  lenistwo na pewno uszczęśliwia. Minęła godzina i nic nawet brania  za to  na moim pomoście pojawił się  mój drogi gospodarz z czteropakiem zimnego piwa. Wpadłem cię odwiedzić i poratować  powiedział …o zbawco pomyślałem wyciągając rękę po zimne piwo. Bierze coś? zapytał  eee …odpowiedziałem od niechcenia. Łyk zimnego piwa uświadomił mi że jednak chyba powinienem mieć kaca ..widać swojskie powietrze i własnoręcznie produkowana wódeczka uczyniły kolejny cud. Pik pik za świszczał sygnalizator a swinger lekko podskoczył . W mojej  głowie  pierwsza myśl nie teraz daj rybo dopić to pyszne zimne piwo … pik pik i znów  drgnęło .. no cóz widac nie pisane mi  dalej  leniuchować trzeba  wstać i podjąć walkę. Jak mówi  przysłowie  do trzech razy sztuka  trzecie piknięcie i a dokładnie przeraźliwy  syk wysnuwanej żyłki wyrwał mnie z  błogiego marazmu. Doskok i cięcie bzzzzzzzz . zawył hamulec i poczułem na kiju ten piękny ciężar. Wróciły wspomnienia dawnych lat i dawnych karpi, ryba biła w kij a nadgarstek jakby odczuwał każdy ruch ryby. Nie wiem il e trwał hol ale z 15 min może mniej. Powiem że kiedy ryba była już w podbieraku wyłem wypompowany jak koń po Wielkiej Pardubickiej. Kurde cóż lat przybywa  a i siedzenie przy biurku daje znać  kondycja  słaba może to  efekt wczorajszego wieczoru . Karpik nieduży  no taki średni nawet nie dwucyfrowy a czułem się jak bym Tira holował ale dzikus i może dlatego…. dotarło do mnie  ile czasu tracimy na jakieś głupoty ..seriale  firmowe spotkania . w sumie  to  jedyna  osoba jaką w tej gównianej firmie lubię  to  dozorca  reszta to bufony z przerośniętym ego. I tak miną tydzień  karpi było jeszcze kilka  i  wieczory tez były suto zakrapiane  ale  urlop sie udał.  Niech to szlag  w poniedziałek do pracy …