Witajcie koleżanki i koledzy. Dziś chciałbym napisać słów kilka o mojej przygodzie z sumem. Zdarzyło się to w lipcowy dzionek kilka lat wstecz. Zaczęło mnie nosić w domu z kąta w kąt.Niechybny to znak, że pora się wyciszyć nad wodą. Telefon do mego zaprzyjaźnionego wiślaka Tadka.Krótka wymiana zdań i jadę.Tadek to kolega wychowujący się i mieszkający nad Wisłą.Nikt nie zna lepiej miejscówek Wiślanych w jego okolicy.Szybkie pakowanie sprzętu,w auto i jadę.Do pokonania prawie 120 kilometrów,ale dla wędkoholika to żaden problem.Dzień piękny,gorący jak cholera.Lipiec jednak ma to do siebie,że lubi przyciągać burzę,w tym przypadku nie było inaczej.Niebo stało się ciemne,nadciągnęły ciężkie chmury,z których lunął potężny deszcz.Jazda stała się prawie niemożliwa.

Po wielkich trudach docieram nad Wisłę,witany uśmiechem przez Tadka.Szybka kawa,kilka słów zamienionych z rodzinką Tadka,zabieramy sprzęt i nad wodę.Po 5 minutach jesteśmy nad WISŁĄ,a tu szok.Łódź pełna wody,rzeka brudna, w kolorze kawy.Na stwierdzenie-to połowiliśmy. Tadek odparł:nie marudź,tylko wylewaj wodę z łodzi.Chwilę później już płyniemy.W duchu myślę, że Tadek to jeszcze większy wariat niż ja.Coś musiał zobaczyć na mojej twarzy,bo powiedział żebym się nie  martwił, połowimy jak nigdy dotąd.Fakt-złowiliśmy kilka sumików-sznurówek,70-80 cm,które wracają do wody.Koło 14 kończą nam się papierosy-o zgubny nałogu.Szybka decyzja dobijamy do brzegu w okolicy Błotnejwoli.Tadek rzuca 2 kotwicę na pięknym zakolu.Stwierdza, że nie będzie go jakieś 20 minut,a ja mam zarzucić zestaw przed siebie.Jeszcze tylko założenie 3 rosówek i po zrzuceniu wędka w dulkę.Teraz można spokojnie zapalić i rozejrzeć się po Wiśle,Boże, jaka to piękna i miejscami dzika rzeka.Z błogostanu wyrywa mnie zakołysanie łodzią,co u licha. Wędzisko wygięte,próba zacięcia i nic.Cholera zaczep,trzeba rwać plecionkę.Kto z was próbował zerwać plecionkę o wytrzymałości 56 kg?Nagle zaczep rusza-nie z prądem,ale w poprzek Wisły. Wędzisko sumowe,kołowrotek też- to teraz się bratku zabawimy.Słodka naiwności-nic nie mogę zrobić.Ryba wyciąga metr po metrze plecionkę mimo przykręcenia hamulca bez najmniejszego oporu.Tadek ratuj-gdzie jesteś!Piekielny ból ramion,staje się nie do zniesienia. NARESZCIE jest Tadek,widzi, co się dzieje -wyciąga 1 kotwicę,2 się zaklinowała-nie chce wyjść.Na kołowrotku może 20 -30 m.plecionki,ubywa w zastraszającym tempieWyprostowałem wędzisko,suchy trzask plecionki i głucha cisza.W oddali wielki uderzający o wodę ogon.Wracamy w milczeniu do Parchocina.W tym dniu już nie łowiliśmy.Slowa otuchy od Tadka-że była nie do wyjęcia,trochę łagodzą gorycz porażki.Takiej wędkarskiej przygody  Wam życzę.To jest to, co pozwala nam przetrwać, gdy ryba nie bierze.