Pora na kolejną opowieść wędkarską. Tym razem przygoda mojego kolegi po kiju Ryśka(wszystkie Ryśki to fajne chłopy). Czasy głebokiego PRL-komunikacja wiadomo państwowa. Człowiek uzależniony od komunikacji miejskiej, która kursowała jak chciała. Mniejsza z tym. Ryszard postanowił wybrać się Cedzyny,jakieś 15 km od Kielc.Cel -węgorze. Pakowanie sprzętu w plecak,przynęta – oczywiście rosówki,jeszcze tylko kiosk Ruchu po bileciki i do przepełnionego autobusu MZK,45 min. jazdy i kawałek pieszo w las w swoją miejscówkę. Jest wolna wszystko OKEY. Zestawy do wody i jest dobrze. Trafił się w nocy  tylko jeden węgorz, należy pamiętać że to czasy gdy ryb nie brakowało. Kolega zbytnio nie marudził, zawsze to coś. Jeszcze tylko dojść do przystanku. Miał farta,autobus pełny ludzi,po 10 min.podjechał na przystanek. Jednak tu już szczęście Go  opuściło, przy wsiadaniu,hak wypiął się z wędki i wbił się w udo. Na plecach torba,w jednej ręce wędki, w drugiej reklamówka z ,,ubitym’ węgorzem. Obok Niego jakaś pani-nie pozostaje nic innego, jak poprosić o potrzymanie reklamówki z rybą i zająć się wyjęciem haka z uda.Jak pomyślał tak zrobił,ale to co się później stało!!!!! Węgorz ożył i zaczął wychodzić z reklamówki. Kobieta w krzyk-żmija,krzyki kobiet,strach przed ukąszeniem ,,gada” robią swoje.Ogólna panika-kierowca po hamulcach. Pasażerowie na przedniej szybie,kolega miedzy siedzeniami,szukający ,,żmji’-ciągnąca się wędka za Nim(nie wyjął haczyka).

Najgorsze było jednak to że kierowca otworzył dzrzwi , rzucił soczyste-wypierd…..,i 8 km musiał iść z obcasa.