Ten rok nie mogę zaliczyć do szczególnie udanych w wyjazdy na rybki. Ciągłe wyjazdy na treningi,zawody,praca zawodowa. Brak czasu dosłownie na wszystko.Jednak przyszedł czas,gdy wszystko się poukładało. Mniej obowiązków pozwoliło wreszcie na zaplanowanie wyjazdu i wędkowanie.Wybór pada na królową rzek-Wisłę. Podrzuciłem temat na ŚPW, niestety temat nie znalazł aprobaty wśród userów.Telefon do kolegi i o zgrozo,odwiesił wędki na kołek. Jednak znalazłem bratnią i tak samo zwariowaną duszę jak moja,w osobie kolegi z pracy.Umawiamy się na wyjazd w niedzielę 23. Pakowanie sprzętu w sobotę,olej sprawdzony,paliwo zatankowane.


Godzina 3.00 wyjazd,nawigacja ustawiona Parchocin gm.Solec Zdrój. Droga

sucha,pusta,diesel mruczy i pokonuje kilometr za kilometrem w równym

tempie.Po 1.5 godzinie jesteśmy na miejscu.Spotykamy zaprzyjaźnionych

tubylców-Tadka i syna Piotrka,niestety nocka spędzona w bankowej

miejscówce,zaowocowała w jedno branie.Krótki hol i ten denerwujący luz

na

żyłce.Zimny wiatr smaga nam policzki i potęguje zimno do kwadratu.Jednak

 

decydujemy się na 1 godzinne wędkowanie.Gotujemy wodę zalewamy kawę i

wymieniamy informacje z tubylcami.Niestety słowa Tadka się

potwierdzają,bankowa miejscówka jest spalona(albo ryb już tu nie ma,albo

 

są w letargu zimowym)Szybka decyzja-jedziemy na Połaniec.40 kilometrów

mija dość szybko, jesteśmy pełni obaw bo stan wody Wisły krytycznie

niski.Wybór pada na miejsce przy samej elektrowni a tam, ludzi jak

grzybów

po deszczu.Jakim cudem znajdujemy miejsce dwuosobowe-nie wiem.Darek

stwierdza,że to chyba najgorsze miejsce na kanale.Jednak ja wiem że to

ulubione miejsce dziadka z Połańca.Darek niestety to wędkarz

szuwarowo-błotny(zalewowy)więc muszę mu pomóc przy doborze

szczytówek,koszyka,haka z przyponem.Po krótkiej chwili,zarzucamy

zestawy,woda na kawę przyjemnie bulgocze.

Pierwsze branie jest u mnie-brzana 35cm,potem następne.W duszy cieszę

się

bo,Darek w tym czasie robi kawę.Jest znacznie cieplej-zdejmujemy kolejne

części ubrania.Po 45 minutach zaczęło się- branie za braniem.Dzwonki

na 4

wędkach,obudziłyby nawet nieboszczyka.Rzut branie,rzut branie.Banan na

naszych ustach mówi sam za siebie.Proszę Darka o kilka fotek,po którejś

 

kolejnej zaczyna się bulwersować

-Ja tu przyjechałem połowić,a nie za

fotografa robić!

Nasz połów to około 35 brzan,niezliczona liczba

cert,świnek,płoci,leszczy,krąpi.Darek ma jeszcze karpia,niestety łamie

się

hak.Pakujemy się do domu około godziny 16 z obietnicą powrotu w tym

roku.

Artykuł powstał z myślą o osobach dla których sezon trwa od kwietnia

do

września, jednak jak się chce,to się łowi cały rok