Kolejna wiślana przygoda. Tym razem sandacz. Wypad na ukochaną Wisłę z kolegami na nockę. Pakowanie sprzętu do auta,kolegów po drodze-jedziemy we czterech do Błotnej Woli na tamy  łowić drapieżniki. Żywce karasie wariują w sadzyku. Nic tak nie chodzi jak karaś. Dojazd nad wodę bez przygód. Główki są wolne,każdy ma swoją i tylko dla siebie. Rozkładamy sprzęt, siatki do wody, żywiec do siatek.

Koledzy tradycyjnie już zaczynają piwkować. Niestety ja mam chorobę kierowców. Wcale Nam się nie spieszy z rozkładaniem sprzętu i zarzuceniem zestawów,wszak mamy całą noc i dzionek przed sobą. Kolega jednak przesadził z ilością wypitego trunku i poczuł się zmęczony. Dałem mu kluczyki od auta i poszedł spać, bez zarzucenia zestawów. Niestety w nocy nic się nie działo,ponadto ruszył się nieprzyjemny wiatr,który swym chłodem dawał Nam się we znaki. Rano nie mogliśmy kolegi dobudzić w żaden sposób tzn. wstał,ale nie spieszył się do wędkowania.

Około godziny 10 wreszcie się zmusił do wyjścia i wcale niespiesznie poczłapał na swoją główkę. Po dotarciu na miejsce, nagle ożył. Zaczął krzyczeć,aby dać mu podbierak. Ja byłem najbliżej, podbierak w dłoń i biegiem do niego. Okazało się że siatka z karasiami zwabiła sandacza,który zaplątał się w nią. Podebraliśmy sandacza 72 cm i nic nie dały moje tłumaczenia, żę ta ryba nie została złowiona na wędkę. Kolega wrzycił ją do siatki i dalej poszedł spać. My niestety nie złowiliśmy żadnego drapieżnika. Wychodzi że umiejętności to nie wszystko,trzeba mieć jeszcze trochę szczęścia