Niemal wszyscy wędkarze, każdy na swój sposób, żywią wobec rekordowych okazów niemal te same uczucia. Odkrycie siedlisk nieprzeciętnie dużych ryb jest niemal chorobliwym marzeniem każde­go wędkarza. Pragnieniem tym najmocniej zarażeni są mieszkańcy miast przywiązani w powszedni dzień do hal fabrycznych, biurek, ław szkolnych i oddychający atmosferą przesyconą spalinami samocho­dowymi. Wszystkie myśli tych ludzi, cierpiących na pragnienie wbicia haka w paszczę „taaakiej ryby”, prowadzą do poznanej już lub jeszcze nie znanej wody. Wiadomo, że nie matakiej siły, która by powstrzyma­ła wędkarza od rozmyślnej wyprawy nad wodę nawet w wilgotny i zionący chłodem listopadowy dzień, bo któż wie, czy nie zaćmi ona wszystkie z dotychczasowych wypraw. Z tą wiarą i nadzieją marnuje on wiele dni, a nawet niekiedy miesiące, doznając gorzkich rozcza­rowań.

Aby nie doznać zawodu, należy sobie zadać bardzo wiele trudu. Opowiadania miejscowych wędkarzy i nie-wędkarzy trudno trakto­wać poważnie. Przede wszystkim należy kilkakrotnie sprawdzić, na co oni polują i jak duże są w rzeczywistości wyławiane przez nich ryby, następnie odwiedzić najlepsze ich zdaniem łowiska i być również świadkiem połowów sieciowych. Dopiero po naocznym przekonaniu się o obecności pięknych okazów warto przygotować się do wyprawy na łowisko.

Obserwacje podwodne potwierdzają fakt, że duże okazy często pędzą samotny tryb życia w izolacji od swych ,,współplemieńców”.

Zamieszkałe przez nie rejony są zwykle rozległe w porównaniu z miejscami zasiedlanymi przez mniejsze ryby tego samego gatunku. Na przykład duże szczupaki spotyka się jeszcze na głębokości 7 m w przybrzeżnym pasie oczeretów bądź górek podwodnych, tzn. na krawędzi 1 m brakującego do granicy występowania roślinności podwodnej. Stoją one nad dnem stoku zwrócone pyskiem do góry. Duże ryby unikają światła, przebywając około 95% czasu w strefie nieoświetlonej. Podana granica 7 m dotyczy oczywiście wiosny, lata i jesieni, a przede wszystkim okresu letniego. Wyjątek stanowią kamienne rafy, pod którymi na niewielkich głębokościach duże okazy znajdują schronienie przed światłem.
Na wiosnę spotyka się wielkie „wygrzewające się” szczupaki na płyciznach, zanim temperatura wody wzrośnie powyżej 17°C. Potem okazy te schodzą do wspomnianej już głębokości. Prowadzenie błystki na głębokości do 7 m po różnych stokach gwarantuje złowienie pięknej sztuki, pod warunkiem oczywiście, że takie ryby zamieszkują dane jezioro. Łatwo się o tym przekonać polując na nie we właściwych porach. Starsze roczniki ryb drapieżnych żerują mniej więcej raz na 5 dni, na tyle bowiem czasu zaspokajają swój głód po spożyciu dużej ryby. Pora żerowania tych wspaniałych okazów trwa tak długo, aż z ciemnej zasłony łączącej niebo z ziemią wyłonią się brzegi jeziora. Łatwiej można oszukać je zarzucając półkilogramowe-go żywca aniżeli jakąś ,,blachę-cud”.
Synchronizacja wszystkich sprzyjających okoliczności zdarza się tylko raz na kilka lat. Kilkumiesięczne czatowanie na szczupaka ,,olbrzyma”, który pewnego razu dał się ujrzeć odprowadzając błystkę do samej łodzi, okazało się beznadziejnym zabiegiem. Ryba zniknęła, mimo że nikt jej nie złowił ani na wędkę, ani w sieci.
Tak już się dziwnie zdarza, że w chwili najmniejszej odporności psychicznej nawiązujemy niespodziewanie kontakt z największą rybą w naszym życiu. Gdy upewnimy się, że mamy na haku „olbrzyma”, nie należy dać się ponieść nerwom, aby uniknąć chaotycznych manewrów z rybą, która może nas wówczas bardzo łatwo „przechytrzyć”.
Prawie każdemu wędkarzowi instynkt nakazuje zwijać żyłkę tuż po zacięciu ryby. Jest to najniewłaściwszy manewr w tym momencie. Po prostu należy włączyć zapadkę zabezpieczającą cofanie się korbki i pozwolić rybie odpływać na hamulcu.
W chwili gdy ryba „muruje do dna”, również nie wolno nawijać żyłki na kołowrotek, za każdym bowiem obrotem korbki następuje skręcenie i niebezpieczne osłabienie żyłki, co często uniemożliwia dalsze jej nawijanie. Napięcie żyłki jest wówczas tak olbrzymie, że kabłąk zaczyna się gwałtownie otwierać. I tu właśnie następuje seria chaotycznych ruchów, kiedy się chwyta na przemian to za korbkę, to za „strzelający” kabłąk. W ten sposób sami dopomagamy rybie do wygrania walki.
Jeśli ryba nie zdoła zerwać żyłki, to zwycięstwo nad nią kończy się zawsze całkowitym poplątaniem i skręceniem żyłki (do kilkunastu metrów), która nadaje się tylko do wyrzucenia, gdyż dalsze posługiwanie się nią doprowadza do irytujących splątań i niepotrzebnej straty czasu.
Właściwa technika pokonywania ryby polega na umożliwieniu jej każdej ponawianej próby ucieczki, ale jednocześnie na niedopuszczeniu jej do zarośli. Należy więc tak manewrować szczytówką wędziska, by ryba uciekała w podyktowanym kierunku. Gdy przestaje uciekać i odpoczywa na dnie, wówczas stosujemy tzw. pompowanie . Polega ono na tym, że po uniesieniu szczytówki do pionu opuszczamy ją ponownie do lustra wody i zwijamy luźną żyłkę mając cały czas rybę na wodzy. Czynność tę należy wykonać błyskawicznie, lecz z wyczuciem. Sposób ten gwarantuje wyholowanie największej sztuki. Raptowne skoki ryby prującej wodę w prawo lub lewo od łodzi bądź pod samą łódź nie są w ogóle groźne i nie wykluczają kontrolowania jej poczynań. Im dłużej ciągnie ona powstrzymywaną hamulcem żyłkę, tym szybciej się męczy i tym pewniejsze staje się nad nią zwycięstwo. Po tej fazie ryba zaczyna kłaść się na bok, co jest oznaką końca walki. Przystępujemy wówczas do wyjęcia jej z wody za pomocą osęki lub bardzo dużego podbieraka, co nie nastręcza już większych trudności.

Natychmiast po złowieniu dużej ryby należy ją uśmiercić i spuścić krew, by zapobiec bardzo szybkiemu jej rozkładowi. Uwaga ta zresztą dotyczy postępowania ze wszystkimi złowionymi rybami, które mamy zamiar zabrać do domu. W Anglii istnieją specjalistyczne kluby wędkarskie, których człon­kowie muszą legitymować się złowieniem okazu odpowiedniego ciężaru. Na przykład minimum członkowskie w klubie specjalistów połowu karpia – „Carp Catchers Club” stanowi okaz ważący 10 kg. Wędkarze ci, tzw. specimen anglers, poławiacze okazów, dyskutują między sobą, wymieniając cenne doświadczenia, na temat przynęty, na którą mogą brać wyłącznie duże okazy, a która nigdy nie pada łupem natrętnej młodzieży danego gatunku. Zdaniem tych specjalistów chcąc łowić w jeziorze zasobnym w rekordowo duże ryby należy studiować jego środowisko, kapryśne zwyczaje jego mieszkańców i warunki klimatyczne. Prześcigają się oni w metodach połowu i w poszukiwaniu przynęt, które by pozwoliły uniknąć złowienia niepożądanych pod względem wielkości ryb. Jed­ną z największych tajemnic w połowie rekordowo dużych okazów, przywiezioną przez autora z kraju kolebki nowoczesnego wędkarstwa – to fakt wyłącznego poławiania na wędkę gruntową z dna, bez jakichkolwiek obciążeń. Chodzi tu oczywiście tylko o wody stojące. Przynęta, nawet w dużej porcji, musi leżeć na dnie. Gwarantuje to zwabienie dużych ryb, które nieubłaganym prawem natury pobierają pokarm wyłącznie z dna. Praktyka tych mistrzów dowiodła, że duże ryby nie interesują się przynętą zawieszoną nad dnem, taka bowiem jest zawsze przedmio­tem ataków ze strony mniej podejrzliwych, a więc małych ryb.

Z chwilą gdy na naszych jeziorach zapanuje jesień, ogół wędkarzy skarży się, że ryba nie bierze, trudno ją zlokalizować i że nie ma co łowić. Otóż mieszkańcy wód jeziorowych są najbardziej wyczuleni na zmiany klimatyczne.

Zdecydowana większość łowiących odwiedza jesienią te same łowiska co latem, używając tej samej przynęty, łowiąc tą samą techni­ką i nie zdając sobie z tego sprawy, że zawód, jaki ich spotyka w miejscach udanych kiedyś połowów, wynika po prostu z wyboru niewłaściwych o tej porze roku łowisk.

Nie ma dwóch jezior absolutnie podobnych do siebie pod wzglę­dem powierzchni, rzeźby dna, głębokości oraz gatunków i ilości zamieszkujących je ryb. W każdym jeziorze dominuje jakiś gatunek ryb. Do wszechobecnego gatunku należy płoć, spotykana w każdym jeziorze w masowych skupiskach. Spróbujmy zatem prześledzić ją okresie jesieni; chodzi tu oczywiście o tę najdorodniejszą.

Wiadomo, że latem można złowić ją wszędzie, ale na jesieni prawie nikt nie wie, gdzie jej szukać, mimo że się zna jezioro jak własną kieszeń. Z chwilą gdy roślinność podwodna zaczyna obumierać, ,wyborowa” płoć porzuca te miejsca i schodzi głębiej. Płycizny głębokości mniejszej niż 1,5 m jako narażone na gwałtowne skoki temperatur stanowią najgorsze miejsce jej połowu. Najgłębsze miej-ca również nie obfitują w ryby tego gatunku. A wiadomo, że jesienią prawie wszystkich wędkarzy przyciągają właśnie głębiny.

Pewne gatunki mogą oczywiście przebywać w najgłębszych miej­scach, lecz nie dotyczy to ryb strefy przybrzeżnej (a zwłaszcza płoci).

Z podwodnych obserwacji wynika, że duże płocie występują w skupiskach na umiarkowanej głębokości – od 4 do 8 m, poruszając się z miejsca na miejsce w pewnych określonych korytarzach o jedna­kowej/temperaturze wody, przy czym nie wykazują większego apetytu. Krążące stado dużych płoci czasami żeruje, ale robi to w pewnej tylko strefie dna.

Aby odnaleźć takie miejsce, należy mieć ze sobą ołowianą sondę, mierzyć nią cierpliwie grunt i próbować łowić na głębokościach od 4 do 8 m, tam gdzie dno jest twarde i ma lekki spadek. Dużą porcję białych robaczków (10 sztuk) opuszcza się na dno bez żadnego obciążenia i czeka na rybę, która wcześniej czy później na pewno zjawi się w tym rejonie. Nawet dłuższym oczekiwaniem nie należy się zrażać, gdyż stada ryb penetrują każdy kawałek dna. Nie wolno na jesieni ich nęcić, albowiem nie zdradzają wielkiego apetytu i każda mała porcja pokarmu nasyca mało aktywne ryby, u których wskutek niskiej temperatury trawienie jest bardzo powolne.

Jeśli mamy ochotę na duże okazy ryb spokojnego żeru, zarzucaj­my przynętę jak najdalej od łodzi lub stanowiska na brzegu, gdyż takie okazy są bezgranicznie płochliwe. Przynęta powinna być wyrzucona na odległość przekraczającą zasięg wzroku ryb. Wyrzucanie nieobciążonej przynęty wymaga użycia niezwykle długiego wędziska (6 m -z brzegu, 3,5 m – z łodzi) i bardzo cienkiej żyłki. Bardzo duże znaczenie ma poza tym ciche zachowywanie się wędkarza.